Kriegspiel

Nauki, techniki, społeczeństwa

Z życia doktoranta socjologii i nie tylko

W styczniu minęło 7 lat, od kiedy utrzymuję się z pracy naukowej. Przez ten czas zdążyłem nie skończyć doktoratu z chemii i rozpocząć doktorat z socjologii. W obu pracach koncentrowałem się głównie na pracy akademickiej, choć zdarzały się badania zlecone dla firm i współpraca z sektorem pozarządowym. Ponieważ kilkoro młodszych kolegów i koleżanek pytało mnie o radę, to spisuję to wszystko w jednym wpisie. Spróbuję też podsumować świat pracy laboratoryjnej i badania z zakresu nauk społecznych. Nie będę jednak marudził o finansach, powiem o kilku sztuczkach, których się nauczyłem na własnej skórze.

Dużo na temat warsztatu pracy socjologa nauczyłem się w trakcie stażu naukowego w Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia” (m.in. podstaw pracy z MaxQDA, formatowania raportów socjo poza akademią). Równie dużo zawdzięczam wszystkim kolegom i koleżankom „po nauce” oraz moim obojgu opiekunom naukowym (warsztat empiryka, organizacja wywodu).

Ponieważ aktualnie przeżywam dobry okres w pracy zawodowej (od dwóch tygodni pracuję umysłowo regularnie po kilka godzin dziennie, produkując tony sensownych fiszek, pomysłów i półtora artykułu), to wpis będzie też przypominajką na czasy ciemności i troszkę praktyczniejszą formą dzielenia się radością z pracy naukowej. Podaję konkrety nie tylko po to, żeby się chwalić (choć to raczej radość z roboty niż pycha), ale żeby łatwiej było Wam wyobrazić sobie różne rzeczy. Wpis niech będzie też okazją na spojrzenie na warsztat badawczy socjologa-empiryka-jakościowca.

1. Doktorat to gigantyczna ilość czytania. Nawet w naukach technicznych sensowna podstawa wiedzy to coś koło kilkudziesięciu artykułów i kilka książek przeglądowych. Z czego koło 10-30 sztuk to prace tak ważne, że czyta się je kilkanaście razy za każdym razem odkrywając coś nowego. W naukach społecznych czytania jest jeszcze więcej, nawet jeśli doktorat jest empiryczny. Obecnie moja bibliografia to 300 pozycji, z czego przeczytałem 130. Ofiszkowanych i wynotowanych jest koło 60. 4 książki i koło 20 artykułów znam biegle, tak, że streszczenia rozdziałów i odnośnik bibliograficzny podaję z pamięci. Wydaje mi się, że jeszcze koło 50-100 pozycji do przeczytania i będzie dość. Nie wszystko z bibliografii czytam, bo czasami notuję rzeczy spoza mojej specjalności. Tym bardziej nie wszystkiego użyję w doktoracie.

Czytanie

Bibliografia w Citavi – Socjologia

Wnioski praktyczne:

  • Warto opanować menadżera bibliografii albo wypracować sobie system notatek. Magisterium lub pracę roczną można było napisać na zasadzie zawalenia się książkami na miesiąc. Doktorat to maraton, trzeba czytać na różne sposoby (czytanie dokładne w przypadku prac ważnych, czytanie przeglądowe dla budowania kontekstu dyscypliny, czytanie z przeliczaniem / współanalizą dla prac istotnych empirycznie).
  • Ja korzystam z Citavi, jak miałem jaką-taką stabilność finansową to wydałem 200 zł. Funkcje istotne dla mnie: pobieranie automatyczne danych bibliograficznych na podstawie ISBN lub DOI, możliwość wiązania rekordu z plikiem na dysku (żeby nie bawić się w ciągłe szukanie), wiązanie rekordów z fiszkami i wtyczka do importu cytatów i zdjęć z plików. Warto też zobaczyć, że dany menadżer pracuje z Waszym ulubionym edytorem tekstu. Więcej o menadżerach pisał Emanuel Kulczycki.
  • Dla ściślaków istotniejszy jest import po DOI i możliwość łączenia z bazami artykułów. W społęcznych istotniejsze stają się książki, w tym wygodne rekordy dla zbiorówek i bazy ISBN.
  • Nie wyobrażam sobie doktoratu ze społecznych lub humanistycznych bez jakiejś formy fiszek i notatek. W ścisłych od biedy dałoby się rozdział teoretyczny napisać w jednym maratonie (przywalić się tekstami na pół roku a potem zapomnieć). W HS tekstów jest za dużo. W odróżnieniu od studiów nie czyta się ich w perspektywie tygodnia lub semestru (seminarium / egzamin), ale całych lat. I tak trzeba będzie powtórzyć część roboty z I roku, ale to różnica między czytaniem piętnastu stron notatek a  pięcioma tysiącami stron książek i artykułów.
  • Nie wszystko z bibliografii czytam, bo czasami notuję rzeczy spoza mojej specjalności. Tym bardziej nie wszystkiego użyję w doktoracie. Obecnie czytam bardzo wąsko i gęsto fiszkuję, bo koncentruję się na klasycznych pracach z dziedziny. W okresie, gdy jestem zajęty analizą zdarza mi się czytać płytko, np. wyszukując dane terminy w indeksie książki albo w pdfie.
  • Pisanie notatek i fiszek jest częścią pisania. Konieczność kategoryzacji, podsumowania i organizacji usprawnia zapamiętywanie i rozumienie tekstu. Zróbcie kiedyś eksperyment: przeczytajcie dwa teksty naukowe na podobnym poziomie. Przy jednym zróbcie notatki, drugi tylko zakreślajcie. Zobaczcie po dwóch tygodniach ile pamiętacie bez przypomnienia, jak aktywują Waszą pamięć notatki a jak zakreślenia.
  • Sekret polega na tym, że 20 minut notowania w trakcie lektury artykułu oszczędza nam godziny ponownej lektury albo szukania tekstu / argumentu w przyszłości. A ponieważ trzeba znać sporo artykułów żeby w nauce coś ruszyć, to zalety / wady notatek wychodzą, gdy zaczyna się cokolwiek pisać / analizować
  • Najlepszy patent na jaki wpadłem z czytaniem to hakowanie teorii. Polega to na tym, że oprócz klasycznych prac z naszej teorii i specjalności warto czytać ich polemiki i recenzje. A potem myślimy na zasadzie: Ja korzystam z Latoura, który był krytykowany przez Amsterdamską, Collinsa oraz omawiany przez Harmana i Abriszewskiego. Jak moje podejście wytrzymuje krytykę Amsterdamskiej lub Collinsa? Czy używam zalet teorii Latoura wskazanych przez Harmana i Abriszewskiego? Jak Latour odpowiadał na Sokala, jak na to zareagowała Tuchańska? Czy mój tekst też by się tak dało obronić? Jasne, że moje zastosowanie Latoura może być nieco inne niż u poprzedników – ale to nie znaczy, że nie mogę się uczyć na cudzych błędach i pochwałach. Wiem, że to się wydaje dość oczywiste, ale zaskakująco wielu moich kolegów i koleżanek było zaskoczonych tym, że klasyków, których stosujemy też ktoś kiedyś krytykował. Podejrzewam, że w humanistyce to główna część roboty naukowej, ale pamiętajcie, że my oprócz tego mamy w diabła zachodu z pracą empiryczną (która ma swoje teorie, warsztat i wymagania).
  • Czytanie powinno levelować. Na 3 roku, w trakcie pisania części teoretycznej pracy, czytam inaczej niż na 1. Wtedy wszystko było dla mnie ciekawe i związane z tematem, teraz coraz częściej krzyczę na autorów (Ty kretynie, chrzanisz o badaniach Coleman, prawie bym uwierzył gdybym tego nie czytał. Żryj gorącą fiszkę, ty taki owaki. Ew. Jak to miło, że w publikacji w mocnym czasopiśmie heroicznie zmagasz się z problemem rozwiązanym w mniej znanym czasopiśmie dziesięć lat temu.).

2. Doktorat to równie duża ilość pisania. Myśleliście, że te sprawozdania z laboratoriów / raporty z badań to zbędna papierologia akademicka? W niektórych dziedzinach owszem (np.w  informatyce), ale w badaniach fizycznych, technicznych i społecznych pisze się dużo więcej niż tylko publikacje. Dziennik laboratoryjny / dziennik badania, sprawozdania dla zleceniodawcow / fundatorów, raporty roczne, abstrakty na konferencje. A na końcu Wielka Buła, czyli sam doktorat. Archiwum mojego doktoratu z chemii zawiera koło 40 dokumentów, a nawet nie zacząłem go pisać (skończyło się na współautorstwie 2 artykułów). Doktorat z socjologii to koło 30 tekstów naukowych, 30 abstraktów itp. na konferencje plus 100 rekordów w dzienniku badania i 2 rozdziały. Nie wszystko z tego idzie do publikacji. Dla społeczniaków przydatna jest książka Beckera, ale humanistki i nauki techniczne  też z nich coś wyciągną.

Pisanie

Fiszki w Citavi – do pisania rozdziału teoretycznego (urobek z dwóch tygodni)

Wnioski praktyczne:

  • Znowu przydaje się menadżer bibliografii. Tym razem żeby oszczędzić czas związany z formatowaniem bibliografii i żeby nie powtarzać pracy z różnych tekstów (np. riserczu cytatów).
  • W 2016 roku udało mi się wreszcie opanować pisanie poza konkretnym artykułem. Innymi słowy – czytanie literatury i analiza danych produkują notatki i pomysły szybciej niż mogę je używać w artykułach. Gromadzę gotowy materiał na przyszłość dalszą niż najbliższa publikacja.Tom Wolfe pisał o wychodzeniu przed krzywą mocy i tu chodzi o to samo – bieżące potrzeby realizuję z fiszek i oczytania z wczoraj, a czytam na przyszłość. Dlaczego to cenne? Bo pisanie ma swój rytm, jeśli się za często przerywanie na doczytywanie to się traci zalety tego rytmu.
  • Różnica między pomysłem na I roku a pomysłem obecnie jest taka, ze do tych późniejszych mam gotowe zaplecze intelektualne i dane. Pomysł bez kawałka riserczu i danych to ćwierć pomysłu.  Pomysły notuję na osobnych fiszkach w menadżerze bibliografii, ale przede wszystkim mam Święty Zeszyt i Pióro Ceremonialne. Rytuał z zeszytem odrywa mnie od kompa, mogę wtedy swobodniej kreślić mapy myśli, zahaczki teoretyczne. Musicie wyczuć jaki płodozmian intelektualny Wam odpowiada.
  • Ostatnio odkryłem, że pisanie i czytanie tego samego dnia dobrze mi robi na mózg, ale tylko jako oddzielne segmenty. Tzn. czytam z notatkami co najmniej godzinę dziennie  (nawet jak mam dniówkę w Koperniku), a wieczorem co najmniej godzinę dziennie piszę.
  • Gdy czytanie i pisanie dotyczą nieco innych rzeczy (np. czytam teraz klasyczne teksty, ale piszę artykuł z aktualnej empirii) zaczynają dziać się fajne rzeczy. Obie czynności się nie nudzą (inny rodzaj pracy, inny przedmiot szczegółowy), ale mam jednocześnie kontekst ogólny i szczegółowy.
  • Z ww. powodów na mnie działa zasada „Nie doczytuj kiedy piszesz”. Jasne, w większości wypadków zawsze jest coś do doczytania, ale staram się, aby godzina pisania była możliwie skoncentrowana. Ja zanim „złapię rytm” pisania potrzebuję trochę czasu. Kiedy przerywam pisanie, to tracę też rytm.
  • Pisanie powinno levelować. Na I roku abstrakt na konferencję ogólnopolską szlifowałem kilka dni, teraz piszę dość dobry przy śniadaniu. Na I roku wyzwaniem była publikacja w piśmie recenzowanym, na II w monografii międzynarodowej, na III robię przymiarki do czegoś z IF i zaczynam marzyć o najlepszych pismach w mojej specjalności. Przyjąłem zasadę: muszę stopniowo publikować w coraz mocniejszych pismach, co oznacza, że piszę tam, gdzie mam szansę być odrzuconym.
  • Ponieważ traktuję pisanie jak umiejętność, nie sprawdza się u mnie „pisanie na cud”. Raczej piszę rzeczy „dość dobre”, poprawiam je raz czy dwa razy i publikuję. Skutek jest taki, że kilka publikacji mam niedociągniętych (żałuję, że nie zrobiłem ich lepiej – ale nie mam w nich błędów krytycznych).

3. Myślenia jest dużo i mało. Ostatnia fajna rzecz, którą złapałem dopiero teraz to przeuczenie. Nie chodzi o zarycie nosem o próg po maratonie przed egzaminem, ale o złapanie balansu i ciągłości w czytaniu / pisaniu / życiu zawodowym. Nawet jak miałem gorszą noc, albo cieżką dniówkę w Koperniku, to staram się czytać chociaż godzinę i wybieram lżejsze teksty (jakieś popularnonaukowe, przeglądówki etc.). Staram się wtedy też coś napisać, nawet symbolicznie (korekta abstraktu na konferencję, efekty kształcenia na moim przedmiocie).  Za to jak mam dobry dzień, to czytam i piszę więcej (ostatnio 3c+4p plus praca z fiszkami, w stałym rytmie kilku dni). Przeuczenie (to jest określenie mojego Taty, bo pewnie psychologowie nazywają to inaczej) polega na tym, że mózg dostaje ciągle różną stymulację związana z tematem i zaczyna nad nim pracować ciągle, nawet poza świadomością – więcej o tym pisał Carey. Nie utrzymuję tego stanu zawsze (to zależy od zdrowia, obowiązków doktoranckich i stanu pracy w CNK), ale chwile przeuczenia to mieszanka chwil dobrej roboty, szczęścia i obserwowalnych wyników pracy naukowej.

Analiza

Drzewo kodowe oparte na zebranych danych  + powiązania z teoriami (w programie MaxQDA)

  • Przeuczenie u mnie objawia się tym, że w trakcie czytania widzę jak dany element robili inni autorzy (i produkuję fiszkę) albo gdy wpadam na elegancki pomysł analityczny lub teoretyczny (i produkuję wpis z zeszycie oraz fiszkę).
  • Przeuczenie u mnie polega też na tym, że w trakcie gotowania czy w trakcie kładzenia się spać wpadam na sensowne pomysły, które popychają mój doktorat.
  • Najlepsze pomysły miałem na skutek płodozmianu ale rozciągniętego w czasie. W obu doktoratach miałem osobne fazy badania, analizy, czytania i pisania, ale na socjo udało mi się je posklejać w dwa segmenty badanie / analiza wyników oraz czytanie / pisanie. Każdy z tych segmentów trwa u mnie koło kwartału i produkuje inne efekty przeuczenia (odpowiednio: poprawki w scenariuszu wywiadu, nowe elementy drzewa kodowego, fragmenty myśli do rozdziału teoretycznego i fragmenty do rozdziału empirycznego).
  • Zaletą fiszek i programów do analizy jest to, że myślenie staje się pracą manualną. Tzn. część pracy koncepcyjnej wykonuje się dłubiąc w fiszkach, kategoriach, kodach i schematach. Notowanie fiszek czy praca z drzewem kodowym wydaje się mniej wymagające od Czystej Myśli, ale właśnie dlatego można je robić nawet w gorszym stanie. Na początku wydawało mi się to jałowe, ale teraz widzę, że to też są inskrypcje.
  • Ja zacząłem od rekordów bibliograficznych w menadżerze bibliografii, potem zacząłem wiązać z tekstami na dysku, a teraz bawię się w fiszki. To wydaje się strasznie czasochłonne, ale jak się dobrze dobierze program, to pracę tę można podzielić na malutkie porcje i dłubać „na zgonie” albo „przy śniadaniu”. Niby nic, a potem się okazuje, że przy pisaniu rozdziału nie trzeba doczytywać, co znacznie podnosi efektywność pisania.
  • Myślenie same wiecie co. Z rozmów ze starszymi doktorantami widzę, że trzeba co najmniej raz rozjechać swoje dane / perspektywę teoretyczną i zrobić poprawki. Moment rozwalenia powinien przyjść w okolicy 3 roku, a nie np. w trakcie obrony. Kluczowy jest nie tylko moment rozjechania ale też jego skala – dobre rozjechanie to konieczność doczytania dodatkowych 100 pozycji i pół roku pracy empirycznej. Złe rozjechanie polega na tym, że robi je ktoś obcy, nie ma po nim co zbierać i kosztuje więcej niż rok pracy. To mnie spotkało na chemii – na trzecim mojego doktoratu roku, Hindusi i Niemcy rozwiązali mój problem badawczym a ja nie miałem dość resztek danych i pomysłów, żeby obronić się na 5 roku a nie koło 8.

4. Doktorat to spora ilość słuchania. Ja miałem kolosalne szczęście do świetnych kolegów i koleżanek w obu miejscach. Wypracowałem sobie też fuksa i starszych kolegów / koleżanki na socjologii. Świetne porady co do słuchania i rozmów z kolegami / koleżankami znalazłem w książce Unwritten Rules of PhD Research, jak będzie okazja to kupcie albo pożyczcie ode mnie.

Analiza 2

Analiza danych jakościowych. Porównanie informacji z kilku źródeł (notatka jest marna, bo musiałem zaszumić przed publikacją).

  • Nie warto być ani najmądrzejszą, ani najgłupszą osobą w danym towarzystwie. W żadnym z tych wypadków nie uczymy się za dużo. Oznacza to, że trzeba aplikować na konferencje i kursy na które można się nie dostać. Ja na III roku zrezygnowałem z konferencji studenckich i doktoranckich poza miejscem zamieszkania (wyjątek: gdy konfa jest istotna towarzysko i robię przy okazji badania, omawiam wspólny projekt etc.).
  • Od doktorantów uczę się metod i szczegółów ich badań. Od doktorów i młodych habów – szczegółów dziedziny, plotek środowiskowych (kto np. uruchamia zespół w sąsiedniej specjalności, jak się pracuje z tym i śmym). Oprócz pogaduch naukowych, mam też bliskie osoby od emo zrzut naukowych. Obie formy słuchania / gadania są niezbędne.
  • Obowiązkowe przedmioty są raczej obowiązkowe niż przydatne. W stosunku do obowiązkowych stosuję raczej minimalizację wysiłku (kursy w podobnej linii tematycznej, wymagające mniej pracy własnej). Na II roku przesadziłem z minimalizacją, co kosztowało mnie prawdopodobnie roczne stypendium – ale za to zrobiłem pierwszy rozjazd analizy i teorii, z którego dość na dwa rozdziały doktoratu.
  • Absolutnie najwięcej nauczyłem się na szkołach letnich w mojej specjalności, na piwie po konferencji oraz na piwie i kawie w trakcie semestru.
  • Sami wiecie co w słuchaniu skutkuje tym, że uczymy się notować w trakcie konferencji (w 2016 mam w pliku z konf koło 80 wpisów z głównymi myślami kolegów i koleżanek, jeszcze nieofiszkowane). Uczymy się też wychodzić z nudnych referatów, oraz dobierać zaangażowanie w studia do poziomu „dość dobrze”.

5. Po czytaniu, pisaniu i słuchaniu nie zostaje za dużo czasu na życie. Robocza teoria jest taka. Wybierz dwa i pół dziennie spośród: badanie, analiza, czytanie, pisanie, studia doktoranckie, praca, rodzina, dbanie o zdrowie. Da radę utrzymać więcej z tych rzeczy w trakcie tygodnia, ale wtedy np. nie wskoczy przeuczenie albo popełnimy poważniejsze błędy i rozjechanie skończy się tragicznie.

Praca

Socjolog w pracy

  • Praca nad doktoratem to robienie błędów. Najważniejsze jest, aby robić je w kontrolowanych warunkach (np. wśród życzliwych osób) i żeby się na nich uczyć. Dlatego zacząłem od pisania, bo widzę jak bardzo pomogło mi pisanie fiszek, dziennika badawczego i notatek z referatów. Pisanie uaktywnia mi inne fragmenty mózgu, zmusza do strukturyzacji myślenia. Dzięki temu łatwiej odkreślić gorsze okresy i akumulować skutki wygranych.
  • Kilka lat pracy (w Polsce podobno średnio 5,5 we wszystkich dyscyplinach) oznacza, że będą okresy gorsze i lepsze. Ale rozmiar wyzwania oznacza, że nie da rady zrobić tego sprintem, trzeba planować i gospodarować siłami.
  • W okolicy 3 i 4 roku i tak przyjdzie kryzys (motywacji, zdrowia, zapału, jakości roboty naukowej). Lubię określenie Valley of Shit, ale coś podobnego przeżywali moi koledzy / koleżanki na chemii, a teraz widzę to w socjologii. Stawka polega na tym, aby wszystkie elementy były dość dobre, żeby przetrwać kryzys i zacząć grać końcówkę.
  • Levelowanie w doktoranckości polega na tym, że człowiek uczy się odmawiać słabszym konferencjom, umie się też wyczuć kiedy zrezygnować z fuchy a kiedy zmienić ją w element doktoratu. Najważniejszy element umiejętności bycia doktorantem to chyba wiedza o tym kiedy odpuścić, zregenerować się i zacząć nową partię po rozjeździe. Warto też wiedzieć kiedy docisnąć i kosztem czego to zrobić (ja np. wyraźnie widzę, że szczęście naukowe poszło kosztem zdrowia, ale udało się utrzymać relacje rodzinne).
  • CZASU ZOSTANIE JESZCZE MNIEJ JEŚLI NIE ZROBICIE KOPII ZAPASOWEJ DANYCH. Akurat Citavi ma tę zaletę, że łatwo zautomatyzować robienie kopii całego archiwum (rekordy bibliograficzne, fiszki, pliki z artykułami). Wada jest taka, że bez kopii straty są potencjalnie duże, bo mamy za dużo fantów w jednym koszyku. Ja mam w górnej szufladzie biurka pendrive, którego jedyną funkcją jest archiwizowanie co dwa tygodnie (nie wyjeżdża z domu, nie bywa w innych kompach). Do tego zrzut danych na niezależny od dysku systemowego dysk twardy [thx4alXd]

 

Nie życzę Wam skończenia doktoratu (skąd mam wiedzieć co się wtedy czuje!), ale życzę Wam, żeby udało Wam się chociaż raz równowagę w czytaniu / pisaniu, żeby chociaż raz weszło Wam przeuczenie. Trzeba strasznie ciężko pracować, żeby wreszcie ta nauka zaczęła robić się sama. Ale krótkie momenty (eleganckie dane, sensowny pomysł, zgrabny akapit, gratulacje po referacie, kilka dni po przyjęciu publikacji) rekompensują wiele.

22 responses to “Z życia doktoranta socjologii i nie tylko

  1. fronesis 10 Kwiecień 2016 o 1:54

    Ja bym to na Twoim miejscu gdzieś na papier puścił

  2. Damian 10 Kwiecień 2016 o 9:53

    Czy doktorat z socjologii robisz dlatego, że nie podołałeś chemii? Czy w związku z tym czujesz się gorszą kategorią naukowca niż chemik czy inny ścisłowiec?

  3. Ezechiel 10 Kwiecień 2016 o 10:43

    1. Nie. Mój temat badań socjologicznych interesował mnie jeszcze na studiach (splot socjologii nauki, techniki i edukacji), potem rozwinął się w trakcie stażu w IBE i w dyskusjach z Andrzejem W. Nowakiem (fronesisem). Ostatecznie o rezygnacji zadecydowały:
    – problemy z badaniami (świetna praca zespołu niemieckiego, solidna indyjskiego)
    – koniec kontraktu (czekały mnie lata z dużo mniejszym budżetem na odczynniki)
    – risercz wstępny w socjologii (widziałem, że „mój” temat jest nieruszony, co dawało co było kuszące)

    Innymi słowy: socjologia była raczej pokusą niż pocieszeniem.

    2. Ja osobiście czuję, że w tym momencie robię lepszą naukę niż gdybym dobijał tamten temat z chemii. Polski system akademicki uważa mnie za gorszą kategorię naukowca niż ściślaków, np. na socjo normą jest mała liczba styp naukowych, mniejszych budżet na konferencje, uczelnia nie zapewnia narzędzi pracy etc.

  4. Szymon 10 Kwiecień 2016 o 10:47

    Czy praca w Koperniku jest pracą dodatkową? Wiele godzin jej poświęcasz? Pytam, bo zastanawia mnie, jak wiele można pracować, żeby dało radę pisać doktorat.

    • Ezechiel 10 Kwiecień 2016 o 11:00

      W CNK pracuję na 3/5 etatu. W większym wymiarze nie miałbym luksusu kilku dni pracy naukowej pod rząd. W mniejszym – brak podstawowej stabilności finansowej. CNK też życzliwie patrzy na mój doktorat, więc zgadza się np. na wyjścia na seminarium i odpracowywanie później, pracę z domu.
      Bliskość pracy zawodowej i nauki bywa przydatna, ale czasami mam dość jak w CNK muszę pisać teksty popularnonaukowe a w domu socjologiczne.

  5. Absolwent 10 Kwiecień 2016 o 10:51

    To po ci Ci ten doktorat?? Proponowano mi st doktoranckie na Wns Wrocław po magisterium, przy czym promotor zaznaczył – pracy po tym i tak Pan nie dostanie.

    Życie i młodość ma się raz, czyżby nie za duże poświęcenie? Ja planuje zrobić tez z socjologii ale w innym trybie niż dzienny, pracuje sobie jako programista i zarabiam 7-10k. Na nic mi nie brakuje. Czasy się zmieniły, papierek średnio się liczy, a niż demograficzny będzie powodował masowe likwidowanie kierunków humanistycznych. Tego juz nikt nie chce studiować.

    • Xitami 10 Kwiecień 2016 o 11:06

      A jo panie tom się nauką
      bez przymiotnika
      Bo cy pić w Szczawnicy, cy szczoć w piwnicy
      niby żadno rózńica
      prawdziwe, suche wyniki nie wyglądają lepiej w Powerpoincie
      kredą na tablicy. Uwierzę, nie akwizytorom w
      Nawet nie wiedzą z czego mają garnitur

    • Ezechiel 10 Kwiecień 2016 o 11:07

      „Życie i młodość ma się raz, czyżby nie za duże poświęcenie? ”
      Nie wiem. Ja bez pracy naukowej nie czułbym się szczęśliwy. To, że doktorat z socjo przyda się w pracy w CNK to osobna kwestia.

      „Czasy się zmieniły, papierek średnio się liczy, a niż demograficzny będzie powodował masowe likwidowanie kierunków humanistycznych. Tego juz nikt nie chce studiować.”
      Nieprecyzyjnie. Bardzo mocno oberwały wydmuszkowe szkoły prywatne, szkoły publiczne dużo mniej. Na UW w rekrutacji tego nie czuć, w moich zajęciach brali udział świetni studenci. Etatów w skali kraju pewnie jest mniej, ale to były głównie etaty dydaktyczne. A porządny etat naukowy i tak trzeba sobie wypracować grantami.

  6. Xitami 10 Kwiecień 2016 o 11:08

    Nie wolałbyś wrócić do nauki – bez przymitnika?

  7. bartek 10 Kwiecień 2016 o 16:43

    ja swój doktorat z ekonomii w dziedzinie zarządzania zrobiłem w 2006 roku – notatki zajęły mi ze 300 stron, liczba kser tekstów to całe segregatory. Dziś by mi się nie chciało jeszcze raz tego przechodzić. Doktorat robiłem na jednej uczelni technicznej, ale promotora miałem z innej uczelni – ekonomicznej. Taka jazda.

  8. Triceps 10 Kwiecień 2016 o 19:16

    Po co robi sie doktoraty? W jaki sposob ktos z mozgiem zdolnym do zrobienia doktoratu z chemii nie zarabia 5000-6000 EUR netto w głupich Czechach nawet a zamiast tego robi „doktorat”?
    Niezdolnosc do zwyklej egzystencji poza akaemią? Troche jak szczur wypuszczony z labu na wolność?

    • Ezechiel 10 Kwiecień 2016 o 23:38

      Istnieje kilka motywacji, zależnie od dziedziny. Dla prawnika czy lekarza to element awansu zawodowego, dla fizyka niezbędny element do pracy w zawodzie. Mnie to interesuje a jeśli mogę z tego się jako tako utrzymać, to tym lepiej.

      „Niezdolnosc do zwyklej egzystencji poza akaemią? Troche jak szczur wypuszczony z labu na wolność?”
      Pracowałem chwilę w badaniach wdrożeniowych, robiłem próby przemysłowe. Jako socjolog robiłem drobiazgi pod patronatem Google. Badania akademickie mają stosunkowo dużą wolność wyboru tematów. I nikt z góry nie grzebie w wynikach.

  9. Jarek Miszczak 10 Kwiecień 2016 o 19:56

    W kwestii splotu socjologii nauki, techniki i edukacji (a przy okazji robienia kopi zapasowych), to polecam systemy kontroli wersji (np. git). Niby jest to coś dla programistów, ale jest to też świetny sposób na prowadzenie wspólnych mini-projektów badawczych, przygotowywanie grantów i pisanie raportów.

    • Ezechiel 10 Kwiecień 2016 o 23:34

      Dzięki! Generalnie na gicie jest zrobionych trochę badań dotyczących motywacji i zarządzania FOSS, kilkoro socjo z ICM się tym zajmuje. Jak na mój gust to są zbyt zaszumione dane (ja wolę mniejsze przypadki), ale pewnie można z nich sporo wyciągnąć.

  10. okmanek 10 Kwiecień 2016 o 21:52

    1. Jaki jest temat tej pracy?
    2. Między tym ostatnim postem jest bardzo długa różnica. Czy od tej pory posty będą częstsze?

  11. a 11 Kwiecień 2016 o 8:27

    Ludzie piszą że jesteś tym co robi doktorat dla robienia, bo go coś skończyć nie możesz. Że niby robi się to szybciej. Nie wiem nie znam się ale zapytam bo te komentarze jakieś takie uszczypliwe

    • Ezechiel 11 Kwiecień 2016 o 8:54

      Jestem obecnie na 3 roku socjologii, standard w kraju to koło 5,5 roku. W innych systemach naukowych zdarza się, że finanse są na 3 lata i część ludzi broni się w terminie. W Polsce jako jeden z pierwszych w roczniku otworzyłem przewód, mam też (AFAIK) najwięcej skończonych rozdziałów. Pogadamy za półtora roku.

      Na chemii sprawa była trochę inna. Bo byłem na czteroletnim kontrakcie badawczym w zespole naukowo-przemysłowym. Kontrakt się kończył, a moje badania wykazały, że nie ma sensu tego wdrażać – zespoły konkurencyjne opublikowały to wcześniej. Doktorat miał być efektem ubocznym.

  12. von Biberstein 11 Kwiecień 2016 o 10:06

    Bardzo podoba mi się Twój wypracowany styl pisania i przekazywania myśli. Dzięki.

    Po 5-letnich studiach politologicznych rozważałem, by zostać w murach ukochanej uczelni i wślizgnąć się na studia doktoranckie. Uwielbiam filozofię i… to okazało się być niemałym problemem. Dlaczego? Człowiek za dużo myśli; gdy czyta jakąś książkę czy publikację naukową poświęca temu zbyt wiele uwagi: odkrywa tok myślenia autora, czasami się nawet z nim utożsamia, rozumie doskonale ścieżki myślowe, a czasami wręcz odwrotnie – porusza się jak w bagnie i mgle. A niestety w nauce dzisiejszych czasów trzeba być „robotem”, znać tysiące publikacji, jeździć na konferencje, dużo pisać i jeszcze więcej czytać. Nie ma czasu na wielkie poświęcenia. Taki wymóg systemowy wydawałoby się nowoczesnych czasów gdzie wszystko jest sprofesjonalizowane – bo niegdyś wyglądało to inaczej, może bardziej amatorsko (jak za czasów Arystotelesa). Są tacy co świetnie się w tej profesjonalizacji i presji odnajdują, ale są takie osobowości, które (mimo zapędów naukowych i chęci do badań) nie odnajdą się w tym wyścigu szczurów – bo tak to niestety wygląda.

%d bloggers like this: