Kriegspiel

Nauki, techniki, społeczeństwa

Modernizacja romantyczności

FrankensteinFajną sztukę wczoraj widziałem. Znaczy transmisję „Frankensteina” z przedstawienia w brytyjskim National Theatre.  Naukowca grał Benedict Cumberbatch, Stworzenie – Johny Lee Miller. Ten wpis miał być tylko komciem u Ninedin, ale jak zwykle wyszła z tego recenzja.

Ja mam kłopot z F., bo bliżej mi do figury naukowca. Tym bardziej, im bardziej ktoś sugeruje mi, że F. to genesis modernizmu (jakiego modernizmu, jak F. jest tak samo naiwnie naukowy co Faustus). Zakończenie, idące w stronę Ogólnej Metafory Nauki wzmacnia to wrażenie. Nauka jako Uroboros niszczenia / ratowania świata to dobra puenta Frankensteina. W przedstawieniu Boyle’a udało się to pokazać bardziej metaforycznie (czyli bardziej aktualnie) niż w książce.

Mniej krytycznie niż Ninedin oceniam Naukowca. To żaden potwór, tylko zwyczajny kaleka emocjonalny. W kilku scenach próbuje jakoś ułożyć sobie życie z ludźmi, ale socjalizacja go zwyczajnie nudzi. Widzę go zwyczajnie jako równie kalekiego emocjonalnie co Stworzenie. Nie widzę w tym specjalnej pogardy dla ludzi, tylko zajęcie się własnymi sprawami. Ale Ys. mówi, że też tak czasem odnoszę się do ludzi nie znających ostatniego numeru Nature, więc mogę się mylić (buahahaha). Teza o tym, że prawdziwym potworem jest wyłącznie naukowiec jest zbyt łatwa. Relatywizm swoją drogą, stworzenie zabiło kilkoro ludzi, a Frankenstein ponosi co najwyżej częściową odpowiedzialność z cierpienie swojego dzieła. Boyle nie rozgrzesza tak łatwo ani Dzieła, ani Stwórcy, bo dobry reżyser unika banalnych odpowiedzi.

Nie widzę też wybitnego stłumienia seksualnego – ot tylko człowiek oziębły emocjonalnie, skupiony na innych sprawach niż uczucia. F. nie tyle manipuluje emocjami, co od nich ucieka (exodus do Szkocji po zaręczynach). Rola Naukowca ląduje w klasycznych mieliznach „duma i pycha geniusza (pseudo)nauki”. Cumberbatch o tyle ją uzupełnił, że uwypuklił romantyczne źródła tego mitu (te pozy w Alpach). No i dodał trochę dystansu (te riposty, ta ironia), bez których byłoby zupełnie stereotypowo. Wybaczam fakt, że w pozach Frankensteina widać manieryzmy Sherlocka, bo romantyczno-dandysowskie korzenie obu postaci są oczywiste.

Cała sztuka jest pełna kontekstów społecznych (porażka DeLacey i łagodna kpina z humanistycznej klasyki literatury, sceny robotnicze w Ingolstadt, postaci z Orkadów), ale unika pułapki uproszczeń i prostego rozpisania źródeł przemocy.

Pułapki tej udało się uniknąć, bo stworzenie jest zdecydowanie ciekawiej rozpisane.  Amoralności decyzji Stworzenia nie da się obronić nawet ciężką historią kontaktów z ludźmi, bo decyzja o spaleniu rodziny preceptora zapada na poziomie logiki zemsty, świadomego cytatu z kultury antycznej.  Stworzenie w pewnym momencie pokazuje, że jest samodzielne i podejmuje własne decyzje. Chełpi się ono racjonalnością, ale wystarczy kaprys testosteronu by racjonalność poszła w diabły.

Dychotomia natura / kultura jest centralnym pytaniem Boyle’a. Odpowiedź nie jest banalnie jednostronna – Boyle konfrontuje rolę pochodzenia, fizyczność z socjalizacją i biografią, ale widać, że źródła przemocy siedzą również w hormonach (przypływy gniewu, nagłe ruchy, brak kontroli – poczytajcie Thorwalda) i świadomych decyzjach Stworzenia i Frankensteina. Naukowiec niszczy ukochaną potwora nie w imię etyki nauki, bo etyka nigdy nie była dla niego problemem ale w imię pychy. Pod tym względem obie postaci są siebie warte – obie chętnie powołują się na etykę lub literaturę, tylko po to by usprawiedliwić swoje chwilowe decyzje. Żaden z nich nie jest tak racjonalny jakim chciałby być. Obaj nie panują nad własną pychą, tracąc wszystko w imię zemsty – czyli idealnie realizując plan pięcioletni dla bohaterów romantycznych (wz. PN/EN 4/2011).

W efekcie finał jest znakomity – decyzja o zabójstwie Elizabeth nie jest wynikiem szału, ani braku sumienia. Stworzenie decyduje się zabić ją w imię swojej pychy, tym lepiej cytując postawę Naukowca. Wie, że robi źle, wie, że krzywdzi innych – tylko, że samo świadomie wybiera zemstę. Nie przepadam za gwałtem jako elementem scenariusza, bo zbyt często nadużywa się tego narzędzia w imię efekciarstwa i pseudogłębi dla studentek pierwszego roku polonistyki. Tutaj nie miałem takiego wrażenia, bo seksualność była rozgrywana od początku (od spotkania z prostytutką, sen potwora aż po sceny z oblubienicą Stworzenia), więc przemoc seksualna wobec Elizabteh była spójnym i logicznym następstwem.

Jako ściślak nie mogę się powstrzymać przed złośliwością zawodową, bo „jeden eksperyment to żaden eksperyment”, co mogło podkopać pewność siebie Naukowca. Frankenstein woli prostą zemstę na potworze, bo porażki braki powtarzalności mógłby nie znieść.  Na tym poziomie Shelley (i większość innych przedstawień kulturalnych naukowców) się rozmija z rzeczywistością. Działający prototyp / pojedynczy pomiar to żaden tryumf.

Jak widać, przedstawienie mi się podobało. Przetarte motywy romantyczne udało się podać tak, że ich archaiczność i absurdalność tak bardzo nie raziła. Spora w tym zasługa aktorów i reszty ekipy. Jak wspominałem Cumberbatch grał mieszaniną romantycznego dandysa z wiktoriańskim naukowcem.  Przed manieryzmem i pretensjonalnością bronił go humor scenariusza. Wplatanie ironicznych odpowiedzi w tragiczne przedstawienie to spora sztuka i tym większa zasługa Nicka Deara (scenariusz) i Dannego Boyle’a (reżyseria). Johny Lee Miller grał silnie fizycznie, mocno czerpiąc z motoryki osób niepełnosprawnych i dzieci. Była w tym mieszanina nieporadności i siły, więc pasowało idealnie. Rola była mocno fizyczna, wymagała sporo wysiłku, więc chwilowe niespójności gestykulacji można wybaczyć.

Podobnie niewielkie zarzuty mam wobec oprawy przedstawienia. Żyrandol z tysięcy żarówek świetnie symbolizował modernizm, oślepiając lub oświetlając w odpowiednich chwilach. Ruchoma scena i scenografia też robiły wrażenie, ale widać było, że nie są wyłącznie dla efektu. Nie jestem miłośnikiem dekoracji symbolicznych, ale Alpy i Orkady zrobiły na mnie wrażenie. Zbędna była w zasadzie tylko scena z pociągiem (nachalnie symbolizująca rewolucję przemysłową), po której obawiałem się, że przedstawienie utknie w fałszywej opozycji modernizm-romantyzm.  Na szczęście potem było lepiej, bo siłą napędową byli konkretni bohaterowie a nie Uniwersalne Personifikacje Głębokich Refleksji Psychoanalitycznych Reżysera. Muzyka i efekty dźwiękowe były dobrane dobrze, symbolicznie zaznaczając brytyjskość przedstawienia (np. stylizacje na kulturę robotniczą Lancashire w scenach z Ingolstadt, posmak marynistyki na Orkadach). Elementy tańca nowoczesnego też miały swoje uzasadnienie, więc wyjątkowo nie będę narzekał.

Jak widać, przedstawienie mi się podobało. Napięcie, humor i odrobina poważniejszej refleksji – w sam raz na kawałek kultury w przerwie niszczenia / ratowania świata. Nie jest to dzieło zmieniające moje postrzeganie nauki, ale nie miałbym nic przeciwko, aby sztuk na tym poziomie było więcej.

Edit: Przedstawienie powstało jako element Olimpiady Kultury przed IO w Londynie. Pomyślane jest jak murowany hit (Cumberbatch, klasyczny temat, Boyle), ale broni się jako całość artystyczna. Nie zgadzam się z uwagami Zwierza co do montażu, wręcz przeciwnie wygaszenia i skróty dobrze wpływają na dynamikę fabuły. Całość zgrabnie balansuje na trójkącie adaptacja klasyki-refleksje społeczne-nowoczesna forma, nie osuwając się w żadną z tych mielizn.  Warstwa filozoficzna (cytaty z Miltona, klasyczne pytania bildungowe) nie była dominująca i dobrze współgrała z tempem akcji, humorem czy cielesnością bohaterów. To taki „teatr środka”, czerpiący z kilku nurtów i nadający się na wprowadzenie do tej odmiany kultury tych widzów, którzy nie odróżniają Jarzyny od Warlikowskiego (to ja!). Takiego „teatru środka” mi w Polsce brakuje.

Edit 2: W trakcie prac przy mikroskopie wykrystalizowała mi się jeszcze jedna obserwacja. F. w tej wersji nie jest tak bardzo stereotypowo samotnie-genialny. Przykładowo w sennym dialogu wprost stwierdza, że kariera szalonego naukowca zaczyna się w szkole, pokazuje też Elisabeth swoją ścieżkę edukacyjną i wskazuje swoje korzenie naukowe (Faraday, Galvani). W przeciwieństwie do innych wersji, ten F. jest dzieckiem konkretnej epoki naukowej a nie typowym everymanem. Mi to odpowiada, bo tak jak F. miałem okres fascynacji elektrochemią.

4 responses to “Modernizacja romantyczności

  1. Elatus 14 Grudzień 2012 o 14:27

    Bardzo dobra recenzja. I od razu widać, że nie pisała jej kobieta. Nie tylko po formie czasowników😀

  2. ninedin 16 Grudzień 2012 o 2:27

    „Takiego “teatru środka” mi w Polsce brakuje.”

    I to jest jeszcze jedna rzecz w tej recenzji, z którą się mogę w 100 procentach zgodzić. Nie bardzo znam się na teatrze autorskim, ambitnym, jestem generalnie, jak o to chodzi, mało ogarnięta – a teatr lubię i od dawna lubiłam, choć w tej chwili oglądam głównie retransmisje z Anglii i starocie na DVD. No a jak się tak ma – lektura szkolna w tradycyjnej wersji nie, awangarda nie – to w Polsce nie ma łatwo, niestety.

  3. Pingback: Stworzenie Frankensteina « Ysabell's Weblog

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: