Kriegspiel

Nauki, techniki, społeczeństwa

I tylko zimy żal

Konwój PQ-17 jest gotów do wyjścia w morze. Ostatnie resztki wypłaty trafiły do kieszeni nielicznych islandzkich ślicznotek. Zapasy amunicji, rumu, bandaży i odzieży zostały zabunkrowane bez problemu. Jak zwykle najwięcej kłopotów sprawiło zabranie na pokład zapasu całunów pogrzebowych dla kapelana. Dobra pogoda nie wróżyła niczego dobrego. Dla Jolly Jack Tara nie ma nigdy dobrej pogody. Sto lat temu jego kumple zdychali na pokładach wielorybników. A teraz czekają na nich równie niegościnne pokłady tankowców. I tylko Morze Arktyczne wygląda tak samo. Białe, zimne i okrutne dla wszystkich, którzy na nim pływali i w nim utonęli.

Zapraszam do lektury drugiej części relacji z biegu konwoju PQ-17. Tym razem zostawiamy zaciszne fotele sztabu przy Fleet Street i lądujemy w samym środku wiecznie białych kłopotów. Koniec planowania, kotwica w górę!

Tak tu jasno o zmierzchu

27. czerwca – 2. lipca 1942

Konwój PQ-17 wyszedł z Islandii o świcie i, pomimo raportu niemieckiego szpiona, zniknął z map planistów niemieckich. Korzystne warunki lodowe pozwoliły mi na drobny blef – udałem, że konwój idzie bardziej na północ niż w rzeczywistości. Pozwoliło to na zmylenie jednego z lotów rozpoznawczych FW-200 z Trondheim i dało Aliantom jedną turę ulgi.

Zgodnie z planami, trzydzieści sześć godzin po wyjściu konwoju, dołączyła do niego eskorta krążowników i niszczycieli floty. Brytyjskie OP patrolowały teren dookoła konwoju. Cataliny z Sumburgh rozpoczęły tradycyjne zwiady, gdy tylko konwój wszedł w rejon działania wilczych stad.

Zespół uderzeniowy HMS Victoriuos wyszedł ze Scapa z lekkim opóźnieniem, spowodowanym przez opieszałość załogi USS Washington [1]. Pomimo opóźnienia zdecydowałem się nie ryzykować skrótu przez „Trondheim alley”, tracąc tym samym szansę na niespodziankę myśliwską.

Ponieważ konwój był ciągle nie wykryty, krążowniki i niszczyciele pobrały paliwo ze zbiornikowców. Bez tego manewru ich zasięg nie wystarczyłby do zrealizowania postawionych zadań. Niszczyciele dotarłyby do Murmańska, ale krążownikom zabrakło by paliwa na planowany skok powrotny [2].

Ale niemieckie patrole już zaciskały swoją sieć…

El FW-200 Pasa

3. – 4. lipca 1942

Niemcy złapali kontakt 3. lipca, w godzinach przedpołudniowych. Na szczęście Hurricane katapultowany z CAMa przegonił Kondora zanim ten zdążył podać dokładną pozycję [3]. Ale obecność Hurricane’a nad Morzem Arktycznym musiała dać Strategosowi do myślenia. Nic więc dziwnego, że U-boty i rozpoznanie lotnicze skupiły swoje wysiłki na prawdopodobnej trasie konwoju.

Spóźniony Victorious wysłał samoloty Albacore, aby pozorować osłonę ASW w innych miejscach. Obecność samolotów bazujących na lotniskowcu stanowiła subtelną demonstrację siły skierowaną przeciw niemieckim okrętom nawodnym. W tłumaczeniu na niemiecki, komunikat brzmiał – „Ta woda jest słona! Należy do Anglii!” [4]. Gdyby Tirpitz zaryzykowałby skok na Atlantyk lub rajd przeciwko konwojowi, musiałby liczyć się z błyskawiczną kontrą ciężkiego zespołu [5]. Rozpoznanie foto w dalszym ciągu realizowało projekt fotograficzny „jak na tysiąc sposobów zrobić fotkę pancernika i nie zostać zestrzelonym”.

Pozorowane patrole ASW i kiepskie rozpoznanie Niemców dały konwojowi kolejne cenne godziny. Ale szczęście nie mogło trwać wiecznie – wieczorny patrol rozpoznawczego Ju-88 z Bardufoss w końcu złapał kontakt. To wystarczyło, aby niemieckie lotnictwo morskie ruszyło do ataku!

Hold the line!

4.- 5. lipca 1942

Zgodnie z przewidywaniami, pierwszy nalot na konwój był bardzo silny. Niemcy zastosowali taktykę „złotego grzebienia” [6] i zaatakowali jednocześnie prawie wszystkie kolumny. Lotnictwo torpedowe skupiło się na krążownikach, bombowe na statkach handlowych [7].

USS Wichita (stara znajoma niemieckich lotników), idąca w środku konwoju, po raz kolejny dowiodła kunsztu swoich artylerzystów. Ani jeden torpedowiec nie był w stanie wykonać na nią ataku. Dobra obrona p-lot plus szczęście artylerzystów po raz kolejny sprzyjały Dorotce z Kansas. Bliźniacza Tuscaloosa nie miała tego szczęścia – torpeda trafiła w śródokręcie i krążownik zaczął brać wodę. Nie było czasu na ratowanie okrętu i Luftwaffe odniosła swoje pierwsze zwycięstwo.

Ster HMS Norfolk został uszkodzony na skutek eksplozji torped, ale sam okręt wciąż zachował manewrowość. Ponieważ krążowniki i niszczyciele wzięły na siebie sporą część impetu Luftwaffe, tylko dwa statki handlowe zostały zatopione.

Ale Luftwaffe też nie wyszła z tej bitwy bez szwanku. Spośród pięćdziesięciu atakujących samolotów, Alianci zestrzelili lub uszkodzili ponad dwadzieścia. W każdej z kolumn handlowców ukryłem też jeden krążownik pomocniczy, przystosowany do obrony p-lot. W efekcie Luftwaffe nie miała łatwych zdobyczy i każdy atak uszczuplał jej siły. Pomimo utraty Tuscaloosy, kręgosłup obrony p-lot wciąż istniał.

Zatopienie amerykańskiego krążownika było bez wątpienia dużym sukcesem Luftwaffe. Być może toasty zostały wzniesione zbyt wcześnie, bo wieczorny nalot z 4. lipca nie przyniósł żadnych rezultatów a jedynie kolejne straty [8]!

Okręty podwodne próbujące zaatakować konwój piątego lipca nad ranem zostały przegonione przez eskortę zanim zdążyły wyjść na pozycję do strzału.

Na zachodzie bez zmian

9. – 11. lipca 1942

Po raz kolejny okazało się, że pogoda wygrywa wojny. Patrole FW-200 śledzące konwój popełniły błędy nawigacyjne i ptaszki zgubiły zdobycz. Mgła, która zapadła po szóstej rano sprawiła, że kontakt stał się tylko wspomnieniem. Korzystając z pogody, z Narviku wyszedł Admiral Scheer, eskortowany przez niszczyciele. Oprócz realizacji zadania, miał on przechwycić i zaatakować któryś z konwojów. Mgła sprawiła, że pikieta brytyjskich SS nie namierzyła „kieszonki”.

W tym samym czasie przystąpiłem do operacji wymiany eskorty. Stare niszczyciele z PQ-17 wzmocniły QP-13. Grunt, aby nie robić pustych przebiegów. Zbieranina Huntów i starszych jednostek serii A-I to niby niewiele, ale może zawsze trochę pomoże przy ataku ciężkich jednostek czy lotnictwa. I właśnie ten manewr został wykryty przez lotnictwo niemieckie. Oba konwoje zostały zlokalizowane i stały się celami kolejnych ataków.

Luftwaffe podzieliło siły i zaatakowało oba konwoje jednocześnie. Każdy z nich stracił po jednym statku handlowym. Rozdział sił oznaczał, że jednostki brytyjskie mogły wspierać się ogniem p-lot, co przełożyło się na kolejne straty Niemców. Luftwaffe topniała w arktycznym słońcu.

Brak mgły sprawił, że brytyjscy podwodnicy wykryli manewr Scheera. Niestety dobra pogoda i eskorta niszczycieli sprawiły, że atak brytyjskich okrętów podwodnych zakończył się niepowodzeniem, zaś sami Brytyjczycy stracili jeden okręt.

Adm. Scheer, próbując przechwycić PQ-17 przesunął się na wschód, wchodząc w zasięg rosyjskiego lotnictwa morskiego bazującego w Murmańsku. Lekceważenie Rosjan poskutkowało nalotem torpedowców radzieckich (Ił-4 z 1. GSAP i 35. MTAP). Niszczyciele niemieckie nie były w stanie zapewnić Scheerowi odpowiedniej osłony p-lot. Kilka samolotów radzieckich zrzuciło torpedy, trafiając pancernik kieszonkowy idealnie w maszynę. Kilka chwil później Adm. Scheer został dobity kolejnymi torpedami i zatopiony [9]. Niszczyciele z osłony Scheera próbowały przejść do ataku nawodnego, ale z powodu sztormu minęły się z konwojem dosłownie o włos.

Niemieckie OP ponownie wyprzedziły konwój i spróbowały przejść do ataku. Osłona Catalin, dobra praca eskorty i znakomita widoczność pokrzyżowały te plany.

Strategos skupił swoje wysiłki na głównym konwoju, ale szczęście wciąż było po stronie Aliantów. Jeden z nalotów nie odnalazł celu, pozostałe zatopiły jednie dwa statki handlowe, ponosząc przy tym kolejne straty. Propaganda niemiecka nazwała postawę artylerzystów brytyjskich bezsensownym oporem. Goering zamiast strzelać do kaczek w Karinhall został wezwany do OKH. Jedyne kaczki, które trafiono tego dnia miały na skrzydłach czarne krzyże.

Korzystając z dygresji ornitologicznej, krążowniki (HMS London i USS Wichita) odskoczyły na północ i pełną parą ruszyły w drogę powrotną na zachód. Uszkodzony Norfolk zawinął do Murmańska, zostawiając konwój pod opieką pięciu niszczycieli floty. Kociaki z pokładu Londona przetrwały całą operację bez szwanku.

Ostatnia prosta

11.-14. lipca 1942

Trzecia Rzesza przegrywała tę bitwę. Utrata pancernika kieszonkowego i ciężkie straty lotnictwa nie przyniosły spodziewanych rezultatów. PQ-17 wciąż stanowił zwartą całość, wypełnioną po burty cennym zaopatrzeniem wojennym.

Ciężka sytuacja skłoniła Strategosa do desperackich wysiłków. Wykorzystując myśliwce bazujące w Kirkenes, postanowił zaatakować konwój przechodzący koło Murmańska. Luftwaffe miała dużo lepsze maszyny, ale szczęście znów uśmiechnęło się do Aliantów. Myśliwce z Murmańska poderwały się do akcji i zaliczyły zestrzelenia [10]. U-boty wciąż czaiły się przy ujściu Dźwiny Północnej, ale ataki były utrudnione ze względu na obecność sowieckich patroli ASW.

Kolejne naloty były coraz słabsze, ale Aliantom wciąż sprzyjało szczęście. W momencie wejścia do Archangielska, PQ-17 wciąż liczył trzydzieści jednostek handlowych. Tylko pięć statków głównego konwoju zostało utraconych! Strategos zdecydował się zachować resztki Luftwaffe w spokoju [11] i spróbował szczęścia w atakach na QP-13. Ale QP-13 już wychodził poza strefę zagrożenia, a FW-200 były zbyt nieliczne, aby zmienić wynik bitwy.

Uwagi taktyczne

Wbrew wszystkim okolicznościom, scenariusz zakończył się zwycięstwem Aliantów. Działania zespołu krążowników zakończyły się sukcesem, konwój przeszedł a straty własne były na akceptowalnym poziomie. Eskortowce, niszczyciele i Cataliny też mają swój udział w tym wyniku, bo U-boty w tym scenariuszu nie stanowiły zagrożenia. Zatopienie Scheera było wisienką na torcie, bo pozwoliło nieco wcześniej zwolnić krążowniki. Bez tego straty mogłyby być wyższe.

Pomysł na bliską współpracę krążowników z konwojem sprawdził się. Krążowniki idące w konwoju są bardziej wrażliwe na ataki lotnicze [12] ale wzmocnienie obrony p-lot jest warte tego ryzyka.

Jak zwykle w grach wojennych, decydującym czynnikiem okazało się szczęście. Uszkodzenia i zestrzelenia w pierwszych nalotach sprawiły, że Luftwaffe nie była tak strasznym zagrożeniem jak mogło by się wydawać. Fuks przy ataku na Scheera, dobra postawa artylerii p-lot, dobra postawa eskorty, kilka załamań pogody – każdy z tych elementów kupował PQ-17 chwilę oddechu.

Gdybym grał Niemcami zdecydowanie bardziej skupiłbym się na PQ-17. Być może zrezygnowałbym z rozpraszania sił i atakowałbym jedynie okręty osłony. Naloty torpedowców skupiłbym chyba na statkach handlowych, bo to łatwiejsze cele. Torpedowce łatwiej trafić, a krążowniki (zwłaszcza amerykańskie) mają dobrą p-lot. Ale to czysta gdybologia – bo przy wynikach Strategosa też bym zbyt wiele nie wymyślił.

W trakcie dnia polarnego rola U-botów nie jest zbyt wielka. Zamiast tworzyć duże stada przeznaczone do ataków na konwoje, rozproszyłbym niemieckie SS, aby patrolować większy obszar. Wykrycie konwoju wcześniej jest cenniejsze niż jeden lub dwa taki torpedowe.

Podobnie jak Strategos nie jestem zbytnim zwolennikiem ciężkich okrętów. Wyjście Tirpitza miałoby sens w pierwszej fazie rozgrywki (przed zatopieniem Scheera), miałby wtedy szansę coś zwojować. Tyle, że w PQ-17 szły cztery krążowniki i około dziesięciu niszczycieli (trochę floty, trochę eskortowców) – wynik starcia był mocno niepewny dla Niemców, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę brytyjskie SS. Potem, gdy w okolicy krążyła Home Fleet i samodzielny zespół krążowników, Tirpitz przybyłby zbyt późno. Przypominam, że potwierdzenie wyjścia Tirpitza uruchamia Biały Patrol (brytyjskie Renown i Kent).

Gdybym niezawodne Moskity z 1. PRU wykryły brak Tirpitza w Trondheim, rozproszyłbym brytyjskie SS, dosłałbym posiłki ze Scapa (USS Washington plus jakieś krążowniki) i zacząłbym czesanie morza Barentsa. Cataliny i Fulmary też mogą być wykorzystane jako rozpoznanie, więc szanse na kontakt byłby całkiem niezłe.

Niezależnie od wyniku punktowego, ta partia PQ-17 stanowiła fascynującą opowieść. Bardziej niż jakieś PZty, interesowały nas kolejne losy konwoju. Całość partii trwała jakieś siedem godzin (wraz z rozstawieniem, powtórką zasad i planowaniem). I były to jedne z najprzyjemniejszych godzin spędzonych przeze nad jakąkolwiek planszówką.

Komentarze mechaniczne

[1] Nieobiektywny i stronniczy historyk nazwałby to pomyłką w planowaniu admiralicji brytyjskiej.

[2] Paliwo w PQ-17 odwzorowano dość sprytnie. Po pierwsze – jest ono istotne jedynie dla okrętów nawodnych (SS i MV miały na ogół zasięg wystarczający do wykonania powierzonych zadań). W momencie wyjścia w morze żeton paliwa związany z danym zespołem jest ustawiany na torze czasu na sześć (lub dziesięć – dla ciężkich okrętów) dni od obecnej daty. Ruch z prędkością do 14 / 16 węzłów (do dwóch heksów na turę) nie kosztuje dodatkowego paliwa – to normalna prędkość marszowa. Jeśli znacznik bieżącej tury dotrze do znacznika paliwa, ma się jakieś 36. godzin na znalezienie portu, albo jednostka zacznie się straszliwie wlec i stanie się łatwym celem dla przeciwnika. Oprócz większej szybkości, dodatkowe zużycie paliwa jest też związane z atakami p-lot, dodatkowymi operacjami ASW itp.

[3] W możliwych wynikach na kartach rozpoznania uwzględniono przegonienie napastnika i zanurzenie SS.

[4] Patrole Albacore’ów były widoczne na głównej mapie. Pozycja lotniskowca nie.

[5] Zatopienie Tirpitza jest warte 50 PZ. Uszkodzenie bez zatopienia daje od 20 do 40 PZ (fakt, że pierwsze uszkodzenie trudno zadać, bo trzeba wbić dwa trafienia w trakcie jednej fazy ataku).

[6] Historycznie szczyt popularności „złoty grzebienia” przypadł na bieg konwoju PQ-18. Oddanie tej metody zależy od gracza – albo atak jedną szeroką falą, ale kilka fal bardziej skoncentrowanych nalotów.

[7] Atak lotniczy na konwój wymaga każdorazowego potwierdzenia wykrycia (czy atakujący znaleźli cel na dużym obszarze). Cel śledzony jest łatwiejszy do znalezienia. Po lokalizacji broniący rozstawia swoje jednostki w szeregu, przy czym jedno miejsce (reprezentujące kolumnę) może być zajęte przez maks. dziesięć MV, lub pięć DD, lub jeden okręt ciężki. Potem atakujący rozstawia swoje jednostki (maks. 12. samolotów – czyli dwa punkty siły może atakować jedną kolumnę w jednej fali). Broniący sprawdza obronę p-lot każdej kolumny (kolumny nieatakowane mogą wspierać sąsiednie). Samoloty, które się przedarły mogą zaatakować zgodnie z tabelką. Uwzględniono różnice w odporności celów, poprzednie uszkodzenia, pogodę, różnice w typach maszyn.

[8] Jak ktoś nie ma szczęścia w kościach to ma je w miłości, w eurograch lub w miłości do eurogier.

[9] Pomimo fuksiarskich rzutów w tym nalocie, Ys wciąż pozostaje moją Żoną.
[10] Jeśli konwój znajduje się na tym samym heksie co baza lotnicza, to broniący może poderwać myśliwce do osłony przed nalotem. Wtedy atakujący musi przed atakiem przejść przez dodatkową rundę walki powietrznej. Zanim broniący dobierze się do bombowców, musi związać walką myśliwce eskorty (jak w RAF: Lion vs. Eagle). Istnieją zasady opcjonalne dotyczące spóźnionej osłony itp.

[11] Pominąwszy brak zasięgu, brakowało też osłony myśliwskiej i samych bombowców.

[12] +1 do rzutu na trafienie dla lotnictwa

6 responses to “I tylko zimy żal

  1. smartfox 26 Styczeń 2011 o 18:22

    Wspaniale się czyta raporty z tego typu rozgrywek. Chyba zainstaluję „War in the Pacific”🙂

  2. Andy 26 Styczeń 2011 o 22:03

    Czy w grze istnieje możliwość rozwiązania konwoju, tak jak zrobił to Twój historyczny poprzednik? Jeśli tak, to fakt, że nie wpadłeś w panikę na wiadomość o wyjściu Scheera w morze i nie powtórzyłeś błędu Pounda, było chyba kluczem do sukcesu.

    Ufff… Sporo się działo i wszystko zostało świetnie opisane!

    Smartfoxie: nie marnuj czasu na gry komputerowe. Graj w planszówki!🙂

    • brathac 26 Styczeń 2011 o 22:29

      Tak Andy istnieje.

    • Ezechiel 26 Styczeń 2011 o 22:51

      Jak pisał Brathac, konwój może zostać rozproszony przez pogodę lub przez rozkaz dowódcy. Skutkuje to zmniejszeniem skutków ataków okrętów nawodnych i zwiększeniem skuteczności ataków podwodnych.

      Samego wyjścia Scheera nie odnotowałem, wykryłem go dopiero, gdy był już w rejonie operacji. Ale byłem dość spokojny – trzy krążowniki plus przewaga w niszczycielach. Gdyby Luftwaffe przetrzebiła eskortę, to mogłoby się skończyć dużo gorzej (bo zostawiłem Home Fleet trochę za daleko).

    • Smartfox 28 Styczeń 2011 o 1:31

      W planszówki też bym chętnie pograł, ale w tego typu wargames to ja u siebie chętnych nie mam niestety, a sam ze sobą nie zagram😦.

      • Andy 16 Luty 2011 o 15:24

        W tę grę sam nie zagrasz Smartfoxie. Ale przyjrzyj się takim tytułom jak Silent War i od razu zmienisz zdanie!🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: