Kriegspiel

Nauki, techniki, społeczeństwa

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego jęku

Jak na klasyczną historię miłosną przystało, wszystko zaczęło się, gdy miałem jakieś szesnaście lat. Historie miłosne, których bohaterem jest szesnastolatek [1], muszą skończyć się smutno. Nie może też zabraknąć laserów i magazynów z nieskromnie ubranymi paniami, bo bez tego żadna historia z ogólniaka nie jest kompletna. Tak się składa, że te same elementy są składową mojej prywatnej historii kosmicznej.

Era Kraussa

Wszystko zaczęło się od książki Lawrence’a Kraussa (Fizyka podróży międzygwiezdnych). Apokryfy rodzinne wspominają coś o wizycie w planetarium czy książkach Lema przeczytanych w trakcie obozu harcerskiego, ale to Physics of Star Trek [2] stanowi oficjalny początek. Złośliwi mogliby też wspomnieć o książkach ufologicznych Znicza.

Byłem wtedy straszną gałą z matmy (z geometrii nadal jestem), więc rozumiałem stosunkowo niewiele. Pewnym kłopotem przy książce o Star Treku był fakt, że Star Treka nie znałem. Niezależnie od kłopotów ze zrozumieniem, lektura dostarczyła mi mnóstwo frajdy. Od tamtej pory uwielbiam spekulacje oparte na solidnej nauce (samą naukę zacząłem wielbić nieco później).

Książkę Kraussa polecam każdemu, kto lubi SF i nie boi się odrobiny nauk ścisłych. Nie ma w języku polskim lepszego opracowania na temat naukowych podstaw klasycznych tematów SF – od czarnych dziur, poprzez hiperprzestrzeń, teleportację czy podróże nadświetlne.

Szesnaste urodziny świętowałem z tróją (na szynach) z fizyki. Na pocieszenie mogłem sobie powiedzieć, że trójkę tę miałem u najtwardszego fizyka w tym układzie słonecznym, w klasie o zaostrzonym rygorze [3].

Era Zurbina

Gdy ma się siedemnaście lat bardzo łatwo stać się ekspertem w jakiejś dziedzinie. Wystarczy przeczytać książkę z której niewiele się zrozumiało i nosić okulary. Stanowisko osiedlowego eksperta ds. lotów międzygalaktycznych nie cieszyło się specjalną estymą rówieśników. Postanowiłem więc przekwalifikować się na bardziej praktyczną specjalizację przy pomocy książki Roberta Zurbina i Roberta Wagnera Czas Marsa.

Jak sama nazwa wskazuje, moim konikiem stała się załogowa misja na Marsa. Wariant Mars Direct proponowany przez autorów, zakładał misję dwuetapową. Lot bezzałogowy miał przygotować paliwo na drogę powrotną dla lotu załogowego. Dzięki redukcji wagi tego drugiego, czas i koszty misji załogowej miały się zmniejszyć do wyobrażalnego poziomu.

Pomimo zapaszku ideologicznego, nadal czuję pewien sentyment do książki. Koncepcja ISRU[4] i telerobotyka przemawiają do mnie dużo bardziej niż statki pokoleniowe z cyklu książek K.S. Robinsona [5]. Spora ilość faktów na temat ekspozycji na radiację, komunikacji czy bezpieczeństwa załogi sprawia, że CM nadal stanowi dobrą lekturę.

Nachalny leseferyzm Zurbina i coraz lepsze oceny z matmy sprawiły, że zacząłem myśleć o studiach z informatyki.

Era Sagana

W międzyczasie moje oceny z fizyki zaczęły się stopniowo poprawiać, chyba nawet dostałem wtedy pierwszą czwórkę. Po katastrofalnej optyce, odkułem się na termodynamice i elektromagnetyzmie. Kiedy doszedłem do całek [6], matma zaczęła mi powolutku sprawiać przyjemność. Krzywe szlaczki wydatnie pomogły mi w nauce fizyki, bo kto nie pojął nigdy równań Maxwella, ten nie poznał co to światło. A skoro mowa o świetle, to nie może zabraknąć kochanego diagramu Hertzsprunga-Russella. Właśnie kiedy przygotowywałem referat na ten temat, natknąłem się na książkę Carla Sagana Błękitna Kropka.

To jedna z najpiękniejszych książek jaką znam. Pal licho cudne zdjęcia czy wykresy. Większa część tej elegancji wypływa z obcowania z pięknem nauki. Kiedy czytam o spektrometrii atmosfery Marsa, odysei Lunochoda czy wyprawie Voyagera nie umiem ukryć fascynacji.

Pod koniec LO znalazłem się na spotkaniu z Andrzejem Marksem, gdzie usłyszałem o stacji kosmicznej Alfa, co zakończyło się nabyciem książki AM o tym samym tytule. Marks, chociaż pisze nierówno, stanowi całkiem niezłą lekturę uzupełniającą. W przypadku książek sprzed 1990 roku warto zasięgnąć czyjejś rady, bo część informacji się zdezaktualizowała.

Zamiast na informatykę, maturę (matma i fizyka na piątki) złożyłem na fizykę na Politechnice Gdańskiej.

Era Lema

Podobno na politechnice najgorsze są pierwsze trzy lata i ostatnie dwa. Koledzy, którzy nie uwierzyli w ten dowcip wylecieli ze studiów. Ja uwierzyłem – i wściekle ryłem elementy algebry, rachunku różniczkowego czy mechaniki ogólnej. W wolnym czasie czytałem Lema i siedziałem w górach.

Na trzecim roku, w ramach kursu inżynierii materiałowej [7] miałem wykład o nanomateriałach w świecie Star Treka. Nie zrobiło to na mnie specjalnego wrażenia, bo wsiąkałem już wtedy w ogniwa paliwowe, których historia silnie łączy się z ostatnimi misjami programu Apollo.

Drugą połowę moje czasu studenckiego spędzałem w górach. Na moich oczach w schroniskach montowano ogniwa fotowoltaiczne i kolektory słoneczne. Popijając herbatę z kubka próżniowego i przykrywając się kurtką membranową nie miałem bynajmniej wrażenia ucieczki od cywilizacji. Żona, zgłaszająca zapotrzebowanie na ogrzewacze chemiczne też się ze mną zgadza.

Era Kranza

Kiedy skończyłem studia moje zainteresowania zawodowe przesunęły się w stronę polipropylenu (PP), chociaż nadal zdarza mi się kontakt z materiałami membranowymi. Pianki PP, które próbuję skonstruować dziwnie przypominają kawałek izolacji, który doprowadził do katastrofy wahadłowca Columbia. Zdarza mi się też pracować z o-ringami, które są równie kapryśne co ich kolega, który doprowadził do zniszczenia promu Challenger.

Ponieważ jestem kilka lat starszy, zamiast o astronautach wolę czytać o kierownikach lotu, inżynierach i planistach. Zacząłem od Wschodu Czerwonego Księżyca (Matthew Brzezinski) i artykułu w Esensji. Oba teksty opisują początek wyścigu w kosmos, widzianego od strony projektantów i inżynierów. Kawał solidnej wiedzy, podanej w bardzo przystępnej formie.

Prawdziwą perełką jest za to Porażka nie wchodzi w grę – autobiografia Gene’a Kranza, współtwórcy programów Mercury, Gemini i Apollo. Człowieka, który „operował” lądowanie na księżycu ekipy Apollo 11 i wyciągał z kłopotów załogę Apollo 13. Jeśli w książce zdarzają się momenty patetyczne czy sentymentalne, to i tak giną w powodzi anegdot i szczegółów dotyczących przygotowania misji. Całość czyta się lepiej niż dowolną powieść sensacyjną. Jeśli macie z moich polecanek wybrać jedną książkę – to kupcie Kranza i pożyczcie Sagana [9].

Oczywiście nie samym czytaniem człowiek żyje. Jeśli chodzi o filmy to, pominąwszy oczywiste i całkiem historyczne Apollo 13, warto rzucić okiem na mniej znane The right stuff i From the Earth to the Moon – jak zwykle, gdy chodzi o historię to telewizja jest lepsza niż Hollywood.

Jeśli chodzi o gry komputerowe, to sporo czasu zjadł mi Buzz Aldrin’s Race into Space, stareńka gra dosowa, opisująca każdy etap drogi na księżyc. Począwszy o sputników, poprzez pierwsze misje załogowe a skończywszy na testach lądownika i samym lądowaniu. Gra jest trudna, wymaga sporo save’owania i nie wybacza błędów.

To samo można powiedzieć o High Frontier – planszówce SF bliskiego zasięgu, która w dość wiarygodny sposób przedstawia historię eksploatacji zasobów Układu Słonecznego. Mam nadzieję, że w jednym z następnych wpisów uda mi się pokazać przebieg przykładowej partii. Grę zaprojektował jeden z inżynierów rakietowych z JPL, wykorzystując doświadczenia zebrana m.in. w misji Mars Odyssey.

Era …

Jak widzicie, chociaż nie zostałem astronautą ani nawet astrofizykiem, to astronomia i astronautyka co i rusz wpływała na moje życie. Nie w postaci horoskopów, ale w zdjęciach, równaniach i historiach. Pomimo ogromnych kosztów nie umiem uznać eksploracji kosmosu za zbędną fanaberię.

Po prostu zbyt wiele jej zawdzięczam.

Przypisy

[1] Benjamin Braddock był starszy!

[2] To jest ten moment, w którym narzekam na tłumaczy.

[3] Rocznik 1999-2003, II LO Gdynia. wych. p. Wojciech Rylski.

[4] Każdy tekst o kosmosie musi zawierać szpanerskie akronimy. Ten oznacza In-Situ Resource Utilization.

[5] #Kolor Mars, gdzie #Kolor = czerwony, zielony, błękitny

[6] Tak, robaczki. W drugiej klasie LO.

[7] dr hab. Maria Gazda, FTiMS PG – polecam dowolny przedmiot!

[8] Jeśli komuś lądowanie na księżycu wydaje się za mało cudowne, to powiem, że rolę Gene’a Kranza w Apollo 13 grał Ed Harris.

[9] To Gene Kranz wymyślił, aby książki z instrukcjami misji oprawiać w plakaty ze Sports Illustrated, konkretniej w rozkładówkę numeru ze strojami kąpielowymi. Jamee Becker, patronującej tej notce, znalazła się na okładce książki misji Apollo 11. Ładne dziewczyny trudniej zgubić niż szare zeszyty.

9 responses to “W kosmosie nikt nie usłyszy twojego jęku

  1. brathac 11 Grudzień 2010 o 20:22

    Super wpis jak zwykle :)! Byłbyś świetnym inżynierem w każdym erpegu kosmicznym. A masz tę ww. planszówkę?

  2. Borys 11 Grudzień 2010 o 21:06

    Fajny wpis. Ja zaczynałem od „Błękitnej kropki”. Zetknąłem się z nią w wieku bardzowczesnonastoletnim — była w posiadaniu kolegi* poznanego na wczasach — a jakiś czas potem wszedłem w posiadanie własnego egzemplarza. Wspaniała książka, warto podsuwać ją każdej osobie jako „zachętę do astronomii”, nawet jeżeli rzeczona osoba wydaje się zupełnie niezainteresowana tematem. Notabene, czytam właśnie BK ponownie. Zdanie kończące dziewiąty rozdział nadal wywołuje dreszcz.🙂

    Polecam też bardzo (chyba nieprzetłumaczony na polski; skandal) „Cosmos” tegoż autora, jak i serial popularno-naukowy o tym samym tytule. Sagana warto posłuchać, ma specyficzną dykcję z charakterystycznymi pauzami. Wiele fragmentów serialu krąży na YT, np.

    „Czas Marsa” również czytałem, ale wydał mi się dość nudny (choć nie przeszkodziło mi to w napisaniu licealnego referatu w oparciu o książkę Zurbina i Wagnera :)). Załogową wyprawę na Marsa udanie i wiarygodnie zbeletryzował Stephen Baxter w „Wyprawie” („Voyage”). Generalnie astronomia>astronautyka.🙂

    Kranz trafił na listę „do przeczytania”, dzięki za polecankę.

    Pozdrawiam!

    PS. Zgubiłeś [6] w głównym tekście.

    * Ponieważ zaczynałeś od „Physics of Star Trek”, aż muszę to napisać: Ten kolega to Michał Sobotka, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych na startrek.koti.com.pl prowadził obszerną witrynę poświęconą ST (może nawet pierwszą tego typu w polskim internecie?). Niestety, Michał zmarł w 1998 r., potem serwis przestał istnieć.😦

  3. Angel/0A 11 Grudzień 2010 o 22:22

    @”Oba teksty opisują początek wyścigu w kosmos, widzianego od strony projektantów i inżynierów. Kawał solidnej wiedzy, podanej w bardzo przystępnej formie.”

    Tu obowiązkowo polecam „Podbój Kosmosu” T.A. Heppenheimera. To zdecydowanie najlepsza książka w tej kategorii jaką miałem przyjemność czytać. Mnóstwo ciekawych informacji (w tym dużo tła politycznego) w bardzo przystępnej, anegdotycznej formie. Bardzo solidna pozycja.

    Jeśli zaś ktoś od literatury faktu woli beletrystykę, to niekwestionowaną pozycją nr 1 jest „The Right Stuff” Toma Wolfa (wspomniany w notce film jest jej adaptacją). Książka napisana wspaniałym, dowcipnym językiem, po prostu perła literatury amerykańskiej. Wielka szkoda, że Wolfe nie zrealizował pierwotnego pomysłu opisania całości programu kosmicznego. U nas wydana pod tytułem „S-Kadra” w bardzo dobrym tłumaczeniu.

    Wspomnienia Kranza zaś wypadają, moim zdaniem, nieco blado. Życie kontrolera lotów to była żmuda inżynierska praca w dążeniu do perfekcji – siedzenie z nosem w procedurach, szukanie w nich dziur podczas niekończących się symulacji i zaczynanie sprawdzania od nowa. I o tym książka Kranza głównie jest – o błędach w procedurach. Trochę jak czytanie o wdrażaniu ISO 9001.😉 Jedna tylko rzecz budziła we mnie dreszcz emocji podczas lektury – świadomość, że kiedy pełnił funkcję kierownika lotu podczas misji Gemini, był właściwie naszym rówieśnikiem. Warto pamiętać o tym w trakcie lektury. Skala odpowiedzialności z jaką radził sobie Kranz będąc niewiele starszym ode mnie dziś, w moim odczuciu jest po prostu obłędna.🙂

  4. Ezechiel 12 Grudzień 2010 o 2:44

    @ Brathac
    Dziękuję, planszówka właśnie idzie.

    @ Borys
    Dzięki za Baxtera, obadam. Jeśli chodzi o fandom trekowy – to nigdy jakoś się specjalnie nie zetknąłem.

    @Angel/0A
    Dzięki za podpowiedź, chętnie rzucę okiem na obie książki. A Kranz ujął mnie właśnie drobiazgowością w opisie testów. Może to kwestia zawodu, ale opis wdrożenia bywa dla mnie ciekawszy niż fajerwerki wynalezienia.

  5. Pingback: Zabłąkany Hermes « Kriegspiel

  6. Pingback: Szaniec zimowy « Kriegspiel

  7. Pingback: Światy cudów « Kriegspiel

  8. Pingback: Nie taka nauka straszna, jaką ją śpiewają « Kriegspiel

  9. Pingback: Nie taka nauka straszna, jaką ją śpiewają | P2M365.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: