Kriegspiel

Nauki, techniki, społeczeństwa

Tysiąclatka detektywów

Nie da się ukryć, że estetyka XIX wieku wróciła do łask. Ponieważ nie przepadam za egotykami, nie zamierzam wspominać o Holmesie lub Dorianie Greyu. Ani bójki na pięści, ani dyskusje-o-naturze-życia nie poruszają strun mej samczej duszy. W chwilach wolnych od polowań na mamuty[1], zdecydowanie bardziej wolę cieszyć się z nowej ekranizacji Emmy lub polskiej edycji Północ-Południe[2].

Niestety w naszych czasach, facet, aby mógł być Facetem Prawdziwym, nie może wyłącznie czytać o historii mody epoki regencji. Jak już wspominałem w poprzednim wpisie, naturalnym następstwem zainteresowania damską bielizną, jest lektura książek Jurgena Thorwalda.

Pierwsza, by wszystkie odnaleźć

Stulecie detektywów było pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Thorwalda. Jak to z dobrymi książkami bywa, połknąłem je w ciągu kilku dni. Jako dwunastolatek nie do końca rozumiałem wszystkie terminy naukowe, ale i tak przygoda była fantastyczna. Z punktu widzenia miłośnika kryminałów, Thorwald daje jak najlepszy odlot. Podobnie jak w przypadku reportaży, rzeczywistość po prostu bywa dziwniejsza od fikcji.

A rzeczywistość Thorwalda to nic innego jak historia narodzin nowoczesnych narzędzi kryminalistyki: daktyloskopii, toksykologii, medycyny sądowej i balistyki. Te cztery dziedziny stanowią cztery główne rozdziały Stulecia Detektywów.

Wewnątrz każdego z nich, znajdziecie historię najważniejszych odkryć  wraz z ich krótkim rodowodem. Narodziny systemu daktyloskopii Henry’ego i zmierzch bertillonage, chociaż  fascynujące, pokazane są  przez pryzmat głośnych spraw danej epoki. Chronologicznie książka koncentruje się na drugiej połowie XIX i zahacza zaledwie o początek lat dwudziestych XX wieku.

Podobnie jak w książkach medycznych Throwalda, anegdoty biograficzne sąsiadują tu z rekonstrukcjami i danymi naukowymi. Mi taki koktajl bardzo odpowiada, bo mieszanina nastroju i faktów przemawia do mnie bardziej niż każdy ze składników osobno.

Z drugiej strony, kilku moich znajomych krytykowało JT za ciężkawy styl i dłużyzny, więc moje fascynacje niekoniecznie muszą być reprezentatywne. Ale i tak polecam Stulecie Detektywów z całego serca – ze specjalnym uwzględniem fanów kryminałów książkowych i erpegowych.

 

Druga działka za darmo

Te same opinie można powtórzyć o Godzinie detektywów, czyli drugim tomie dylogii. Podobnie jak w przypadku książek medycznych Thorwalda, można go czytać niezależnie. Tym razem autor skupia się na serologii sądowej i inżynierii materiałowej.

Gdzieś w tle słychać słowa felietonu Dickensa, który twierdzi, że sedno popularności historii o detektywach tkwi w wierze w racjonalność. Pod tym względem Godzina świetnie pokazuje źródła tej wiary, w momencie, gdy wiedza fizyków (to ja!) i biologów (to ładne koleżanki z budynku obok) zostaje wykorzystana do badania przyczyn katastrof lotniczych i identyfikacji szczątków ofiar.

Ze względu na specyfikę zagadnienia, w Godzinie jest nieco więcej faktów niż nastrojów, co może wpływać na wrażenia osób, które nie obcują codziennie z wynalazkiem Roentgena. Moja humanistyczna Żona twierdzi, że rozmaitym (i rozmemłanym) Dorianom Grey’om taki kontakt z rzeczywistością dobrze robi na mózg. Jeśli Stulecie przypadło Wam do gustu, spokojnie sięgnijcie po Godzinę detektywów.

Odloty pochodne

Książki Thorwalda wpisują się w podgatunek popkultury znany jako kryminał proceduralny[3], skupiający się na przebiegu i szczegółach śledztwa a nie wyłącznie na jego bohaterach. Ponieważ książki pochodzą z lat 60., miłośnicy serialu Kryminalne zagadki Las Vegas mogą czuć się nieco rozczarowani brakiem opisu nowoczesnych metod. Bohaterowie Thorwalda robią analizy przez kilka miesięcy, czasami bez rezultatów. Nie mają głębokich dekoltów i twardzielskich okularów (por. Kryminalne zagadki Miami), bo ciuchy w labie trochę się niszczą[4].

Jeśli brak fajerwerków Wam nie przeszkadza, to sięgnijcie po Podejrzenia inspektora Whichera. Autorka, podobnie jak JT, z powodzeniem zrekonstruowała sławną sprawę wiktoriańskiej Anglii. Tam gdzie JT nakreślił jedynie ogólny obraz dziedziny, tam Kate Summerscale uzupełnia go detalami dotyczącymi obyczajów, sposobu przesłuchań czy warunków życia. Podejrzenia napisane są ładnym językiem i poparte wieloma materiałami źródłowymi, dzięki czemu mogę je z czystym sumieniem polecić każdemu miłośnikowi kryminałów.

W pewnym sensie podobnym tropem podążał Marek Krajewski w książkach o Eberhardzie Mocku (Śmierć w Breslau), tyle, że z dużo mniej ciekawym skutkiem. Tam, gdzie JT i Summerscale zachowali dystans i chłodny osąd, tam Krajewski świadomie wchodzi w chandlerowską przesadę. W efekcie manieryzmy detektywa i gry literackie stają się bardziej istotne niż samo śledztwo.

Oczywiście kryminałów osadzone w historycznych dekoracjach jest dużo więcej. Jeśli natraficie to powieści Konrada Lewandowskiego (np. Magnetyzer, Bogini z Labradoru), to możecie rzucić na nie okiem. Kilka efektownych nawiązań, trochę przyciężkich dowcipów – ot taka literatura przygodowo-wagonowa. Obecnie mam mniej czasu na pociągi.

Dużo bardziej polecam książki Stanisława Milewskiego (Intymne życie niegdysiejszej Warszawy). Jak zwykle reportaż historyczny jest dużo ciekawszy niż fikcja literacka, zwłaszcza, gdy autor potrafi znaleźć prawdziwe cudeńka[5]. W tym miejscu powinienem dopisać pean na temat Vabanku, ale wierzę, że moim Czytelnikom nie trzeba powtarzać rzeczy oczywistych. Jeśli Warszawa międzywojenna Was interesuje, powinniście zapoznać się również z  książką Ostatnia cyganeria, pióra Tadeusza Wittlina (wyd. LTW, 2010)

Skoro już jesteśmy przy reportażu historycznym i życiu codziennym, warto przeczytać dwie książki Małgorzaty Szejnert (Wyspa klucz, Czarny Ogród). Ta pierwsza opisuje Ellis Island, wyspę, przez którą trafiali do USA bohaterowie pitawalu Thorwalda. Ta druga dotyczy historii Śląska (konkretniej Giszowca i Nikiszowca), w tym emigracji i przestępczości. Być może jedna z bohaterek Czarnego Ogrodu  stała się adresatką ogłoszenia cytowanego przez Milewskiego? Chociaż nie jestem fetyszystą pięknego języka, proza pani Szejnert sprawia mi sporo przyjemności estetycznych.

Jeśli chodzi o bardziej przyziemne rozrywki, chciałbym też polecić dwa dobre seriale, mieszczące się we wspominanym nurcie. Flashpoint i Blue Bloods, są godne polecenia ze względu na fabuły jednoodcinkowe i dużą ilość detali zaczerpniętych z rzeczywistości. W przeciwieństwie do CSI lub House’a, wiarygodność bohaterów nie oznacza tu raka, amnezji ani ślepoty przełożonych. Bardzo dobre kobiece kino, nieco przypominające nastrojem dość starą powieść Policjanci (aut. Dorothy Uhnak). Dużo mniej poważna, choć równie godna polecenia jest planszówka Mr. Jack.

Miłośnicy rozrywek komputerowych, zamiast taśmowych przygodówek CSI, powinni też rozważyć dwie gry osadzone w historycznych realiach.  Obie są wyjątkowo dobrymi przedstawicielami klasycznych przygodówek i świetnie oddają oryginalnych bohaterów. A ponieważ bardzo chciałem uniknąć wspominania o Conan Doyle’u i Agathcie Christie, nie pozostaje mi nic innego jak podziękować Wam za uwagę i zakończyć ten wpis.

 

Wpis dedykuję Garnkowi, w podziękowaniu za wygłoszoną na Falkonie prelekcję.

 

 

[1]Dopadłem ostatnio Odległe Zwierciadło Barbary Tuchman.

[2]To nie jest ten film o ładnych krewniaczkach Scarlett O’Hary. Ten jest o rewolucji przemysłowej w Anglii.

[3]Police Procedural drama.

[4]Mówię to jako człowiek, który kilkukrotnie potraktował swoje spodnie ciekłym azotem. Razów chemicznych nawet nie liczę.

[5]”Kawaler, lat 26 liczący, kształtnej urody, posiadający wyższą edukację, żadnej atoli znajomości nie mający, szuka stosownej partii. Nie żąda piękności, lecz cnotliwej i przyjemnej bez względu na wiek osoby, z warunkiem, aby posiadała majątek, który powiększyłby jego dochody.”

5 responses to “Tysiąclatka detektywów

  1. Staszek 14 Listopad 2010 o 22:48

    Konsekwencja Joanny i Twoja w promowaniu Thorwalda jest tak znaczna, że w końcu skruszy pewnie i mnie, zatwardziałego czytelnika gigaton książek z serialu „Historia literatury polskiej”!

    Swoją drogą musieliśmy się jakoś minąć na Falkonie, szkoda, koniecznie trzeba będzie nadrobić.

  2. bavarsky 15 Listopad 2010 o 10:00

    Bardzo ponętnie wyglądają litery w twoim wpisie. W rogu drukarka je właśnie drukuje, a ze swej strony chciałbym ciebie zaprosić do lektury książki Stanisława Wasylewskiego, Życie polskie w XIX wieku, wydanej przez „Iskry” w roku 2008. Publicystyka historyczna od której uczył się między innymi Stanisław Milewski.

    Pozdrawiam!
    Marcin

  3. Pingback: Nie taki folk straszny « Kriegspiel

  4. Pingback: Sprawa dla reportażu « Kriegspiel

  5. Pingback: Mamuty cyfrowe « Kriegspiel

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: