Kriegspiel

Nauki, techniki, społeczeństwa

Kubryk 2010 (pierwsza odsłona)

Nie umiem powiedzieć co przyciąga mnie w muzyce folkowej. Gdyby postawić mnie pod ścianą, pewnie bym odpowiedział, że różnorodność form (którą lubię w muzyce klasycznej) idzie w parze z energią płynącą z prostego przekazu (czego mi czasem w klasyce brakuje). A że wolę, gdy akustyczny masaż moich zwojów mózgowych  jest nie jest robiony przez automat perkusyjny (ożywiony lub nie), moje zainteresowania muzyczno-historyczne zbiegają się w folku marynistycznym i szantach.

Niezależnie od moich wykrętów, nie mogłem odpuścić sobie łódzkiego Kubryku.

Cztery refy

Tora muzyki żeglarskiej. W tym lub innym składzie, Cztery refy są odpowiednikiem południka Greenwich dla kolejnych miłośników muzyki morza. Piątkowy repertuar ściśle nawiązywał do korzeni tych tradycji. Jak to na Kubrykach bywa, zaczęło się od Niech zabrzmi pieśń. Po kilku pierwszych taktach refrenu, wiedziałem, że znalazłem się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

A w przybliżeniu była to końcówka XIX wieku, a wylądowałem w ciepłej i przyjaznej atmosferze statku wielorybniczego za kręgiem polarnym. Dziwnym trafem Cztery Refy były tam dwadzieścia lat przed nami i, zamiast z tranem, wróciły stamtąd z kasetą „Pieśni wielorybnicze”.

Fragmenty tej kasety krążyły kilkanaście lat temu po Centrum Dowodzenia MW, i właśnie od nich zacząłem mój kontakt z szantami. Jak łatwo się domyślić, i 23 marzec, i Tyle mamy za sobą przebytych mil wyjątkowo przypadły mi do gustu. Szanty z kręgu wielorybniczego łączy pewien charakterystyczny zestaw tematów (Dopadniemy je, Dopadliśmy je, Dopadła mnie,  Już ich nie dopadniemy) i specyficzny nastrój, którego nie chwyci nikt, kto nie lubi jeździć w zimie na sankach (bez czapki!).

Aby uniknąć Greenpeace i przeziębienia, szanty wielorybnicze przeplatane były kawałkami instrumentalnymi, głównie na skrzypce i flażolety. I chyba właśnie ta zdolność do przeplatania pieśni morskich muzyką ludową stała się przyczyną powodzenia zespołu.

Podsumowanie literackie: „Moby Dick” (H. Melville). Abstrahując od klasyczności, Cztery Refy to wciąż kawał świetnej muzyki. Możesz z nimi obcować przez całe życie a i tak znajdziesz w nich coś nowego. Niezależnie od tego, z które strony podchodzisz do polskiej muzyki morza i tak otrzesz się o Refy.

Flash Creep

Nie moja broszka. Lubię wokal Macieja Łuczaka, lubię skrzypce Izabeli Puklewicz, ale całość zupełnie mi nie pasuje. Nie przeszkadzają mi próby przemycania głębszych treści w folku, ale Flash Creep działa na mnie jak stare kawałki Anity Lipnickiej z czasów Varius Manx (czyt. Mamo, ratuj!). Słowa wydają się być pretensjonalne, a instrumentacja odrzuca mnie brzmieniem wiosła elektrycznego.

Z drugiej strony mój mózg mówi, że w swoim gatunku zespół może się podobać, co dobitnie udowodnił w standardzie Old Joe Clark. W melodiach ciągle słychać wpływy folkowe, a energia płynąca ze sceny może porywać. Istnieje szansa, że jeśli wszystkie wymienione w tym wpisie wydają Ci się ludowym nudziarstwem, Flash Creep przypadnie Ci do gustu.

Podsumowanie literackie: Świt po bitwie (M. Mortka). Nie moja szklanka grogu, ale w swoim gatunku może się podobać.

North Wind

Jeśli zespoły szantowe będą miały kiedyś swoich kibiców, to ja zostanę ultrasem North Wind. Jak już pisałem, pomimo względnej prostoty słów, poetyka ich utworów po prostu do mnie trafia. Dla miłośnika tradycji morskiej lub muzycznej, koncert North Wind jest jak łyk niezłej whisky.

I tak jak w wypadku whisky, trzeba polubić charakterystyczną gorycz i nieco chropowaty posmak tych utworów. Przy słuchaniu trzeba się skoncentrować, bo jeśli spróbujemy łyknąć ją jednym haustem to poczujemy tylko smołę.

Chociaż North Wind nie bardzo nadaje się do spiesznej konsumpcji, tym razem udało się znaleźć trochę nowych nut w starym trunku. Dodatek akordeonu / biniou (Piotr Lasko) sprawił, że melodie nabrały bardziej ludycznego charakteru, tracąc chyba nieco na szorstkości (por. Chivas Regal vs. Ballantines). Widać to było szczególnie w „Marynarzu z Terre-Neuve” i „Na redzie w Lorient”. Na deser Piotr wystąpił jako solista na biniou.

Niestety NW ponownie ma pecha i na kubryku pojawił się w okrojonym składzie. Z powodów rodzinnych, brakowało Jacka Apanasewicza (wokal i anglo-koncertina). Akordeon trochę pomógł na brak koncertiny, ale wciąż brakowało mi nieco wyższego głosu Jacka.

North Wind to jeden z tych zespołów, które średnio wypadają w krótkich występach. Wynika to pewnie z tego, że muzyka jest nieoczywista i trzeba trochę czasu, aby wejść w odpowiedni do niej nastrój.

Podsumowanie literackie: Okręt (L. Gunther-Buchheim). Blisko historii i tradycji, pomimo drobnych usterek wyjątkowo wierne przedstawienie minionych czasów. Mocny punkt w każdej kolekcji książek lub płyt marynistycznych. Oceńcie sami, bo zespół udostępnił część swoich nagrań.

Ken Stephens

Młynarski twierdzi, że prawdziwy hicior musi mieć „rybkę” – frazę, wers czy akord, który wpada w mózg i może go opuścić wyłącznie w postaci pogwizdywania. Jeśli teoria rybki jest prawdziwa, to Ken Stephens jest trawlerem.  „Herzegen Cecil” i „Flukey Alley” podbiły też Polskę (w wykonaniu odpowiednio Mechaników Shanty oraz Sąsiadów).

Piątkowy występ, chociaż krótki (cztery piosenki, pięć utworów instrumentalnych), również stanowił całkiem niezłą ławicę. Ten Thousand Miles Away wykonywały Cztery Refy jako Tysiące mil stąd, ale oryginał jest odrobinkę lepszy. „Dumbo” pokochałem trzy miesiące temu, przy okazji słuchania Chantey Cabin.  Reszta utworów była równie intrygująca, chociaż mniej natarczywie pchała się do głowy. Utwory instrumentalne na concertinie były równie przyjemne, więc wkrótce pewnie poważniej zajmę się dyskografią wykonawcy. Tak jak w wypadku North Wind, zbyt krótki występ pozostawił niedosyt.

Podsumowanie literackie: Znaczy kapitan (K.O. Borchardt). Jasna strona morza,  czyli kawałki wiecznozielone. Optymistyczne i pogodne, bez popadania w tandetę.

Duan

Różnorodność nurtów to coś, co szalenie lubię w piosence morskiej. Występ zespołu Duan pokazał jak wiele wspólnego mają szanty i folk.  Chociaż nie grali oni typowych pieśni morza, to z Kenem Stephensem i North Windem łączy ich wspólny pień celtycko-bretoński oraz instrumentarium (akordeon / concertina, flety).

Duan grał głównie standardy starsze i młodsze, skupiając się głównie na klasycznym irlandzkim piłowaniu drewna na czas (czyt. szybka gra na skrzypcach). Jeśli dołoży się do tego bodhran (taki bęben) i bouzouki (taka gitara) w efekcie otrzymamy melodyjny ładunek kilodżuli pozytywnej energii.

Za słabo znam się na muzyce irlandzkiej, aby próbować oceniać klasę zespołu. Zaryzykuję stwierdzenie, że Duan preferuje nowe i stare standardy irlandzkie, utrzymane raczej w klasycznych aranżacjach. Na plus Duanom trzeba też zaliczyć to, że nie pozostają w ramach tradycyjnych zestawów reeli i jigów, ale na bieżąco szukają ciekawostek we współczesnym folku irlandzkim.

Mi to odpowiada, bo mam prosty gust i standardy irlandzkie zwyczajnie lubię. Zblazowani koneserzy eksperymentów  (np. Beltaine) z pogranicza muzyki świata, mogą być nieco rozczarowani. Na szczęście nie musicie ryzykować, bo zespół udostępnił próbkę swojej pracy.

Podsumowanie literackie: HMS Ulyssess (A. MacLean). Łatwe w odbiorze, wciągające ale niegłupie. Pozornie lekka forma wymaga mnóstwo pracy i jeszcze więcej talentu. Dobre na początek.

Reklamy

3 responses to “Kubryk 2010 (pierwsza odsłona)

  1. Pingback: Śluzy świata cudów stoją otworem « Kriegspiel

  2. Pingback: Niespodziewany koniec lata « Kriegspiel

  3. Pingback: My, topielcy « Kriegspiel

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: