Kriegspiel

Nauki, techniki, społeczeństwa

Hurt Locker

Fajny film wczoraj widziałem. Ściślej: widziałem razem z Teściową. Żona, wycieńczona maratonem Jane Austen, postanowiła zostać w domu i skrobać o książkach minionego czasu.

Jeśli pominąć egzaminy z analizy, Druga Mama jest istotą o niebo bardziej pokojową niż ja. A jednak po wyjściu z kina okazało się, że rzeczonej film wojenny podobał się bardziej niż mnie. A ponieważ taki wypadek zdarza się rzadko, warto uczcić go notką na blogu.

Z góry uprzedzam, że poniżej znajdziecie informacje na temat treści filmu.

I to było dobre…

Zdjęcia. Pali licho krókie, urywane ujęcia z ręki. Od czasów Black Hawk Down (albo i Szeregowca Ryana), Aviomarin powinien być standardowo wliczony w cenę biletu filmu wojennego. Efekciarskie spowolnienia spadających łusek od czasów Hot Shots budzą raczej wesołość. W HL w fotel wbił mnie sposób kadrowania niektórych ujęć. Było w tym trochę powolnego upału rodem ze spageciaków Leone, był w tym też lekki posmak włoskiego neorealizmu (długie, quasi-statyczne plany ogólne).

Ujęło mnie to, że podobnie jak u Leone, w HL przeciągnięte ujęcia są świetnie wkomponowane w tematykę filmu. Jakby nie spojrzeć, słoneczko meksykańskie przygrzewa równie mocno co irackie.

Sceny pojedynku snajperskiego na pustyni stanowią nowoczesny wariant strzelaniny Bezimienny / Mortimer na początku Dobrego, złego, brzydkiego. Fakt, że zamiast Buntline’a występuje Barret nie zmienia nic. Ba – nawet filmowi kowboje (Blackwater ?) są podobnie mało rozgarnięci co ich meksykańscy companieros.

Tempo. Bigelow, zaraz po wypracowaniu z Leone, odrobiła też lekcje z Hitchcocka, Kurosawy i kilku innych klasyków suspensu. Obok falowania napięcia i solidnego trzęsienia ziemi na otwarciu, szczególnie podobała mi się nieuchronność sytuacji, solidnie zahaczająca o Cenę Strachu Clouzota. A ponieważ suspens w filmie to fajna rzecz, HL ogląda się dobrze.

Detale. Obok tempa i pracy operatora, spodobała mi się robota charakteryzatora. Sceny na otwartej pustyni czy w fabryce materiałów wybuchowych to popis ekipy zajmującej się scenografią i charakteryzacją. Na plus trzeba też zaliczyć różnorodność zagrożeń czyhających na bohaterów. Od IED, przez samobójców i niewybuchy a skończywszy na linczu wiszącym w powietrzu (dlaczego nie wykorzystali sceny, gdzie samotny i poturbowany Rambo wraca nocą do bazy przez irackie ulice) i starym dobrym PTSD.

Przesłanie, morale itp. Niezależnie od wad (patrz poniżej), przesłanie filmu jest jak najbardziej słuszne. Wojna, jako sytuacja stresowa, może być uzależniająca i niszcząca jednocześnie. Nie jest to wniosek specjalnie odkrywczy, ale skoro od czasów Łowcy Jeleni ludzkość (nie czyt. USA) wciąż gdzieś się zabija, warto wciąż o tym przypominać.

Fajnie, że obok amerykańskich wariatów pokazano tragedię ludności cywilnej, próbującej egzystować w pobliżu strefy walki. Podobnie jak w filmach z okresu wojny w Wietnamie, obrazki z życia ludności cywilnej przejmują mnie dużo bardziej niż „cierpienia młodego Waltera” (US Army).

A to nie

Bohaterowie. A tenże główny bohater jest wulgarnym określeniem męskiego narządu płciowego.  Subtelniejsze określenia (idiota, kretyn, maniak adrenaliny) nie są dostatecznie precyzyjne. Mam w nosie to, że koleś szuka emocji, że jest uzależniony od napięcia, że ma problemy ze sobą. Jeżeli miś naraża kumpli z oddziału i wydaje idiotyczne polecenia („Rozdzielmy się, przeszukamy większy teren”, „Idź samemu na dach i mnie osłaniaj”) lub lekceważy procedury, to zasługuje tylko na określenie go nazwą szlachetnego skądinąd narządu.

A skoro główny bohater mógłby zostać maskotką Durexa, trudno mi przesadnie przejmować się jego losem. Brakuje tu choćby drobnego wątku, który pomógłby mi zbudować sympatię dla bohatera (a choćby i rysowania obrazków dla dzieci znanego z Black Hawk Down.

W przeciwieństwie do Plutonu, konflikt rozsądek / adrenalina nie jest do końca wygrany. A przez to, że głupota nie została stosownie ukarana, filmowi trochę brakuje klasycznej klamry na końcu. Pewnie reżyserce chodziło o to, abym przejął się tym, że amerykańscy żołdacy wciąż na tej Pandorze (czyt. Zamorskim Terytorium Niezbędnym do Szczęścia Złym Korporacjom) grasują.

Bzdury. Skoro główny bohater nie jest zbyt normalny, to trzeba trochę roboty scenarzysty, aby tę nienormalność wyeksponować i ochronić do końca filmu. To byłoby doprawdy straszne, gdyby po radosnej solówce delikwent zakończyłby turę na negatywnej opinii psychologa. Prawie tak straszne jakby niektóre bomby były bardziej skomplikowane niż dwa kabelki i odbiornik.

Od razu powiem: Nie byłem na wojnie, z wojskiem miałem kontakt przelotny i dlatego nie podejmuję się oceny wszystkich bzdur zawartych w HL. Znam jako tako historię taktyki działań piechoty w XX wieku i wiem, że koncepcja trzyosobowego pododdziału saperskiego poruszającego się po Iraku bez osłony lotniczej, naziemnej i wywiadowczej jest dość abstrakcyjna. Jako fizyk po zajęciach z elektroniki wyobrażam sobie ładunki wybuchowe bardziej skomplikowane niż dwa kabelki i detonator.

Być może mam deficyt wyobraźni, ale mógłbym smędzić o realizmie jeszcze długo, jednak zamiast tego odeślę do relacji prawdziwych saperów amerykańskich.

A w sumie

HL w gruncie rzeczy idzie ścieżką wydeptaną przez Pluton. Zamiast realizmu (w sensie zgodności z doświadczeniami weteranów) otrzymujemy solidną dawkę napięcia i mocne kino, niepozbawione głębszego przesłania. Kathryn Bigelow nie jest na szczęście Oliviverem Stone’m, więc metaforyczna agitka polityczna jest tu dużo mniej istotna niż problemy ludności cywilnej.

Mam więc z HL problem identyczny jak z Plutonem i Czasem Apokalipsy. Każdy z nich stanowi świadectwo klasy reżyserów i operatorów (tutaj HL jest dużo ciekawszy niż Pluton). Każdy z nich chętnie obejrzę jako kawałek mocnego kina, nie pozbawionego pewnego przesłania. I każdy z nich mówi coś o „wojnie-w-ogóle”.

A jednak w każdym z nich czegoś mi brakuje. A problem w tym, że na wojnę jadą (i giną) nie tylko popaprańcy pokroju Jamesa, Kurtza czy Barnesa. Problem polega na tym, że na wojnie normalni (jak na wojskowych) ludzie pokroju Willarda giną lub zmieniają się we wspominanych popaprańców.

Tak czy owak polecam seans HL, bo to kawałek mocnego kina. Teściowa mówi, żeby nie traktować go jako paradokumentu, a wtedy unikniecie rozczarowania (i pisania przydługich notek na blogach).

I chyba warto w tym wypadku uwierzyć Teściowej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: