Tagged with muzyka

Nie taka nauka straszna, jaką ją śpiewają

Kiedy zaczynałem studia na fizyce technicznej, znalazłem sobie niespodziewane źródło frajdy. Większość ludzi, gdy słyszała o kierunku na którym studiuje reagowała lekkim przestrachem. I wtedy, i teraz raczej wyglądałem na geeka – naukowca niż na rozrywkowego studenta. Jeśli dodać do tego klasyczny efekt „nikt nie lubi fizyki w szkole średniej”, mój krąg znajomych nie był specjalnie duży. Specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo miałem więcej czasu na bieganie po lesie i planowanie załogowych misji kosmicznych.

Chociaż dalej lubię turystykę górską i warianty koniunkcyjne, powszechna opinia o nauce zaczęła mi ostatnio troszkę przeszkadzać w kontakcie z niektórymi ludźmi. Jednym z nich był dyskutant z netu (ksywa Bohomaz [1]), drugim wykładowca politologii (Gigi Rogerro [2]). Z oboma rozmawiałem na temat roli badań naukowych w polityce i gospodarce. Obaj mieli ten sam problem, bo generalnie niespecjalnie wiedzieli jak działają badania naukowe w dziedzinach stosowanych. Oczywiście obu nie przeszkadzało to w dyskusji.

Chociaż moja wiedza nie jest dużo większa, miałem problemy z dogadaniem się z nimi. Znam raptem kilka labów i kilkadziesiąt osób pracujących na różnych etapach badań, ale, nawet przy mojej skromnej wiedzy, proces badawczy jest bardziej skomplikowany niż w potocznych wyobrażeniach. Nie chodzi nawet o złożoność konkretnych problemów badawczych, ale raczej o wielość etapów na drodze od teorii przez wynalazek do wdrożenia produktu. Ponieważ w mediach mało mówi się o praktyce nauki, podstawy wiedzy o badaniach mogą przydać się też miłośnikom SF.

Ci którzy wiedzą o tych rzeczach więcej ode mnie  raczej nie piszą notek blogowych. Ten wpis stanowi więc próbę przekazania mojego podejścia do historii odkryć naukowych. W drugiej części napiszę o tym na dlaczego podział na teorię i praktykę jest kulawy poznawczo. W trzeciej – o realiach pracy w moim labie. Prywatnie dedykuję ten wpis dwóm prawie-znajomym biochemiczkom: Jednej z życzeniami odpływu kataru, drugiej z życzeniami przypływu natchnienia [3]. Czytaj dalej

Otagowane , , , ,

My, topielcy

Gdybyście mieli okazję postawić mi guinnessa, moglibyście poznać prawdę o jednej z moich pierwszych miłości.  Dopóki tego nie zrobicie, nie macie szans na opowieść o moim związku z syrenką kopenhaską. Zamiast tego dostaniecie recenzję duńskiej książki. „My, topielcy” nie jest co prawda roznegliżowaną rzeźbą duńskiej primabaleriny, ale też ale też jest mokra, duńska i słona.

Gdyby przystawić mi harpun do skroni i zmusić do ścisłych definicji, marynistykę zdefiniowałbym jako twórczość, w której morze jest istotną częścią fabuły utworu. Jeśli żaglowce, marsle, kabestany czy inne galiony (cycate lub nie) są jedynie scenografią, wtedy dany obiekt wcale nie musi kwalifikować się do tej kategorii. Czytaj dalej

Otagowane , ,

Nie taki folk straszny

Zdarza mi się słuchać muzyki folkowej, w tym również muzyki z okolic Anglii, Irlandii, Bretanii, Walii i Szkocji. Ponieważ nie mam zdolności muzycznych (pominąwszy umiejętność rytmicznego tupania) daleko mi do miana znawcy. Z drugiej strony, słucham muzyki z tego kręgu na tyle długo, aby widzieć wzajemne powiązania między folklorem każdego z tych regionów.

Elementem muzyki folkowej bywa też muzyka wojskowych, pieśni marynarzy czy imigrantów. Tak się składa, że miłośnicy Purcella czy Mozarta raczej nie lądowali na pokładach Mayflower, Alexandra czy Prince of Wales. Dużo częściej można było spotkać tam fanów Billa Reileya i Molly Malone. Irlandczycy, Szkoci i Bretończycy zasilali, mniej lub bardziej ochoczo, okręty, pułki i kolonie karne Francji i Anglii. W rezultacie folklor każdego z tych krajów ewoluował i wyrastał poza swoim pierwotnym środowiskiem. To, co w Irlandii mogło być grane jako melodia do tańca, równie dobrze mogło trafić pod Waterloo lub Rourke’s Drift jako melodia marszowa lub pod Trafalgar jako sygnał do wybierania żagla.

I właśnie dlatego absolutnie nie zgadzam się z wpisem Aureusa. Jeśli Aureusowi muzyka celtycka kojarzy się wyłącznie z popłuczynami pokroju Clannadu czy Enyi  – to jest to jego niezbywalne prawo. Kiedy byłem małym erpegowcem, też miałem takie skojarzenia. I też się dziwiłem, że muzyka irlandzka nie pasuje do sesji erpegowych. Czytaj dalej

Otagowane ,

Tysiąclatka detektywów

Nie da się ukryć, że estetyka XIX wieku wróciła do łask. Ponieważ nie przepadam za egotykami, nie zamierzam wspominać o Holmesie lub Dorianie Greyu. Ani bójki na pięści, ani dyskusje-o-naturze-życia nie poruszają strun mej samczej duszy. W chwilach wolnych od polowań na mamuty[1], zdecydowanie bardziej wolę cieszyć się z nowej ekranizacji Emmy lub polskiej edycji Północ-Południe[2].

Niestety w naszych czasach, facet, aby mógł być Facetem Prawdziwym, nie może wyłącznie czytać o historii mody epoki regencji. Jak już wspominałem w poprzednim wpisie, naturalnym następstwem zainteresowania damską bielizną, jest lektura książek Jurgena Thorwalda. Czytaj dalej

Otagowane , , ,

Prawda jest nierealistyczna

Prawda jest dziwniejsza od fikcji, bo fikcja musi być prawdopodobna.

Mark Twain

Jednym z moich ulubionych mitów erpegowych jest teza o tym, że erpegi rozwijają wyobraźnię. Im dłużej gram i czytam scenariusze, tym mniej widzę w nich oryginalnych wątków lub choćby smaczków.

Jednym z przejawów braku wyobraźni są nieustające kłótnie o realizm. Prawdziwy erpegowiec, niczym młody tryk, musi ustawicznie ścierać swoje ego z innymi. Klasycznym polem bitwy są dyskusje na temat militariów. Bo każdy „prawdziwy erpegowiec” potrafi w środku nocy, z pamięci podać ewolucję głowni w mieczach etruskich (włącznie z kompletem datowań C-14). A nuż w okolicy tej nocy przechodzi samica… Czytaj dalej

Otagowane ,

Stos na wakacje

Tegoroczne wakacje upłynęły mi pod znakiem rejsu po fiordach Norwegii. Widoczki i wrażenia spod koła podbiegunowego zostawiam na kolejny wpis, a teraz zapraszam do krótkiego przeglądu książek, które towarzyszyły mi w rejsie. Tradycyjnie już – gdyby cokolwiek Was zainteresowało, dajcie znać. Czytaj dalej

Otagowane , ,

Kubryk 2010 (pierwsza odsłona)

Nie umiem powiedzieć co przyciąga mnie w muzyce folkowej. Gdyby postawić mnie pod ścianą, pewnie bym odpowiedział, że różnorodność form (którą lubię w muzyce klasycznej) idzie w parze z energią płynącą z prostego przekazu (czego mi czasem w klasyce brakuje). A że wolę, gdy akustyczny masaż moich zwojów mózgowych  jest nie jest robiony przez automat perkusyjny (ożywiony lub nie), moje zainteresowania muzyczno-historyczne zbiegają się w folku marynistycznym i szantach.

Niezależnie od moich wykrętów, nie mogłem odpuścić sobie łódzkiego Kubryku. Czytaj dalej

Otagowane ,

8. marca (wariant marynistyczny)

Zgodnie z obowiązującą wykładnią, 8. marca powinien być, przynajmniej częściowo, poświęcony płci piękniejszej. Jeśli wierzyć gazetom, tego dnia każdy miłośnik historii zamiast buławy winien dzierżyć storczyka. Po przebrnięciu przez romantyczny obiad i uroczystym przekazaniu kwiatka, stajemy przed klasycznym dylematem: „Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem”.

Najbardziej oczywistym rozwiązaniem jest obejrzenie czegoś wspólnie. Oczywiście desperaci mogą próbować wariantów Kompania braci (jest odcinek o uczuciu sanitariusza i pielęgniarki), Bitwa o Anglię (jest wątek miłości WAAFki i pilota) lub Tylko dla orłów (jest wątek miłości mjr-a Schaeffera i Mary). Zamiast oczywistego samobójstwa proponuję dużo subtelniejsze wyjście. Czytaj dalej

Otagowane , , , , ,

Szymon Czarnogęba i inni

Słyszałam Placido Domingo prawie na żywo. Co nie znaczy, że był prawie żywy, tylko, ze byliśmy wczoraj na MET live in HD w Filharmonii Łódzkiej i Placido Domingo nam na żywo (za pośrednictwem nowoczesnej technologii, czyli jak sądzę przez satelitę) zaśpiewał nam tytułową rolę Simona Boccanegry czyli Szymona Czarnogęby. Barytonem. Co mnie osobiście ogromnie ucieszyło, bo lubię niskie głosy i wolę barytona od tenora. Co prawda wolę też basa od barytona, ale bas też był, więc nie mam zamiaru narzekać.

W imieniu Ysabell zapraszam do lektury podsumowania (śródrocznego) sezonu operowego MET 2009 / 2010.

Ys ma nadzieję, że wpis pomoże Wam w wyłapaniu “operowych” perełek mijającego sezonu. Jeśli szukacie nowego hobby – ten wpis jest dla Was (my też jesteśmy operowymi neofitami).

Otagowane

Scuttlebutt Radio na nowy rok

Scuttlebutt Radio to cykl audycji internetowych poświęconych muzyce marynistycznej.

Styczniowa audycja jest godna uwagi z punktu widzenia miłośnika gier wojennych z kilku powodów:

  • Phoenix and the Rose (Pete Seeger i Ed Reneham) – piosenka o dość komicznej bitwie morskiej z okresu amerykańskiej Wojny o Niepodległość.
  • The Atlantic Conveyor (Ken Stephens) – historia statku handlowego zatopionego w trakcie Wojny o Falklandy
  • Survivors Leave (Ken Stephens) – ballada o “urlopie udzielanym rozbitkom, którzy przeżyli katastrofę morską.

Piosenek można za darmo i legalnie posłuchać na stronie domowej radia. Uwaga – co miesiąc treść audycji ulega zmianie.

Otagowane ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 112 other followers