Przez sporą część mojego życia byłem miłośnikiem fantastyki. Sentyment do hard sf został mi do dzisiaj, ale z fascynacji fantasy chyba już wyrosłem. Nadal mam pewną słabość do klasyków dzieciństwa (Kres i Zimmer-Bradley), ale nowości mnie już zdecydowanie nie kręcą. Tyle dobrego, że dorastałem w czasach przedzmierzchowych. Dopiero, gdy troszkę dorosłem, zrozumiałem słabość do fikcji świadczy o ubóstwie wyobraźni. Żadna fikcja, niezależnie od jej barwności i języka, nie przebije paradoksami rzeczywistości.
Przez dość długi okres czasu reportaż kojarzył mi się z Kapuścińskim i z Krall. Ta druga była dla mnie zbyt trudna, a R.K. zbyt egocentryczny. Oboje to klasyka, ale o klasyce napiszę kiedy indziej, gdy dojrzeję do lektury. Dużo bliższy był mi reportaż historyczny, bardziej niż na detalu skupiony na ogólnym pejzażu. Tutaj modelowymi przykładami jest Cornelius Ryan (O jeden most za daleko, Najdłuższy dzień) i Barbara Tuchman (Wyniosła wieża i Odległe zwierciadło). Wolę sprawozdanie gazetowe niż impresję literacką, bo w dychotomii treść / forma bliżej mi do tej pierwszej.
Właśnie konkretna treść zwróciła moją uwagę na książki Małgorzaty Szejnert (Wyspa Klucz i Czarny Ogród). Ellis Island, przez którą prowadziła droga do Ameryki z Europy i Śląsk, przez który Polska trafiała do Europy.
Na pierwszy ogień poszła Ellis Island, czyli tytułowa Wyspa Klucz. Przez sporą część XX stulecia mieścił się na niej obóz przejściowy dla imigrantów z Europy. Jeśli na przełomie stuleci Niemcy i Irlandczycy trafiali do Ameryki, to pewnie zaliczyli biura, szpitale i poczekalnie Ellis. Ewolucja od gołej gleby aż po lekarzy i huśtawki to w zasadzie ewolucja amerykańskiego stosunku do imigrantów z Europy. Czytaj dalej





Zdarza mi się słuchać muzyki folkowej, w tym również muzyki z okolic Anglii, Irlandii, Bretanii, Walii i Szkocji. Ponieważ nie mam zdolności muzycznych (pominąwszy umiejętność rytmicznego tupania) daleko mi do miana znawcy. Z drugiej strony, słucham muzyki z tego kręgu na tyle długo, aby widzieć wzajemne powiązania między folklorem każdego z tych regionów.

Nie umiem powiedzieć co przyciąga mnie w muzyce folkowej. Gdyby postawić mnie pod ścianą, pewnie bym odpowiedział, że różnorodność form (którą lubię w muzyce klasycznej) idzie w parze z energią płynącą z prostego przekazu (czego mi czasem w klasyce brakuje). A że wolę, gdy akustyczny masaż moich zwojów mózgowych jest nie jest robiony przez automat perkusyjny (ożywiony lub nie), moje zainteresowania muzyczno-historyczne zbiegają się w folku marynistycznym i szantach.