Tagged with marynistyka

Sprawa dla reportażu

Przez sporą część mojego życia byłem miłośnikiem fantastyki. Sentyment do hard sf został mi do dzisiaj, ale z fascynacji fantasy chyba już wyrosłem. Nadal mam pewną słabość do klasyków dzieciństwa (Kres i Zimmer-Bradley), ale nowości mnie już zdecydowanie nie kręcą. Tyle dobrego, że dorastałem w czasach przedzmierzchowych. Dopiero, gdy troszkę dorosłem, zrozumiałem słabość do fikcji świadczy o ubóstwie wyobraźni. Żadna fikcja, niezależnie od jej barwności i języka, nie przebije paradoksami rzeczywistości.

Przez dość długi okres czasu reportaż kojarzył mi się z Kapuścińskim i z Krall. Ta druga była dla mnie zbyt trudna, a R.K. zbyt egocentryczny. Oboje to klasyka, ale o klasyce napiszę kiedy indziej, gdy dojrzeję do lektury. Dużo bliższy był mi reportaż historyczny, bardziej niż na detalu skupiony na ogólnym pejzażu. Tutaj modelowymi przykładami jest Cornelius Ryan (O jeden most za daleko, Najdłuższy dzień) i Barbara Tuchman (Wyniosła wieża i Odległe zwierciadło). Wolę sprawozdanie gazetowe niż impresję literacką, bo w dychotomii treść / forma bliżej mi do tej pierwszej.

Właśnie konkretna treść zwróciła moją uwagę na książki Małgorzaty Szejnert (Wyspa Klucz i Czarny Ogród). Ellis Island, przez którą prowadziła droga do Ameryki z Europy i Śląsk, przez który Polska trafiała do Europy.

Na pierwszy ogień poszła Ellis Island, czyli tytułowa Wyspa Klucz. Przez sporą część XX stulecia mieścił się na niej obóz przejściowy dla imigrantów z Europy. Jeśli na przełomie stuleci Niemcy i Irlandczycy trafiali do Ameryki, to pewnie zaliczyli biura, szpitale i poczekalnie Ellis. Ewolucja od gołej gleby aż po lekarzy i huśtawki to w zasadzie ewolucja amerykańskiego stosunku do imigrantów z Europy. Czytaj dalej

Otagowane , , ,

Polscy naukowcy na tropie nowych form życia

Naukowcy z Centrum Badań Molekularnych i Makromolekularnych PAN odkryli najmniejszą znaną ludzkości formę życia. Pierwsze fotografie tego biologicznego fenomenu, wykonane przy pomocy transmisyjnego mikroskopu elektronowego, możecie oglądać obok tej notki.

Nowa forma życia to oczywiście to żart kwietniowy. Zdjęcie jest całkowicie rzeczywiste (skala jest również prawdziwa, brak jakichkolwiek ingerencji poza softem urządzenia) i przedstawia aglomerat montmorylonitu (taka skała) w polilaktydzie (takie tworzywo sztuczne). Na co dzień zajmuję się właśnie analizą takich aglomeratów.

Otagowane ,

Ziarna zmian

Historia, wbrew temu co proponuje kultura popularna, rzadko kiedy jest zmieniania przez pojedyncze czynniki (wynalazki, ludzi, przypadki). Jeśli przyjrzycie się bliżej dowolnemu momentowi historycznemu, szybko zauważycie, że wpłynęła na niego niezliczona ilość elementów. Wynalazki techniczne, wojskowość, prawo czy historia społeczna nie istnieją przecież w oddzieleniu od siebie.

Przykładowo: Ulubiona przez miłośników steampunka rewolucja przemysłowa wcale nie zaczęła się od kolei i manufaktur bawełny. Renesans maszyny parowej jest nierozerwalnie związane z historią górnictwa angielskiego (sama maszyna parowa była znana dużo wcześniej). Pierwsze zastosowanie maszyn parowych na skalę przemysłową to przecież odwadnianie kopalń w Kornwalii.

Samo górnictwo – chociaż dostarczyło okazji do zastosowań – było silnie uwarunkowane angielskim systemem społecznym. Z drugiej strony, wynalazcy równie wiele zawdzięczali systemowi edukacji i popularyzacji nauki. Prace Newtona (bez całek nie ma zabawy), Savery’ego (mechnizm sprężania pary wodnej) i Carnota (cykl silnika) pozwoliły na udoskonalenie przez Watta maszyny parowej Newcomena. W skrócie o historii termodynamiki możecie poczytać tutaj (po angielsku, za to prosto i krótko). Czytaj dalej

Otagowane ,

My, topielcy

Gdybyście mieli okazję postawić mi guinnessa, moglibyście poznać prawdę o jednej z moich pierwszych miłości.  Dopóki tego nie zrobicie, nie macie szans na opowieść o moim związku z syrenką kopenhaską. Zamiast tego dostaniecie recenzję duńskiej książki. „My, topielcy” nie jest co prawda roznegliżowaną rzeźbą duńskiej primabaleriny, ale też ale też jest mokra, duńska i słona.

Gdyby przystawić mi harpun do skroni i zmusić do ścisłych definicji, marynistykę zdefiniowałbym jako twórczość, w której morze jest istotną częścią fabuły utworu. Jeśli żaglowce, marsle, kabestany czy inne galiony (cycate lub nie) są jedynie scenografią, wtedy dany obiekt wcale nie musi kwalifikować się do tej kategorii. Czytaj dalej

Otagowane , ,

I tylko zimy żal

Konwój PQ-17 jest gotów do wyjścia w morze. Ostatnie resztki wypłaty trafiły do kieszeni nielicznych islandzkich ślicznotek. Zapasy amunicji, rumu, bandaży i odzieży zostały zabunkrowane bez problemu. Jak zwykle najwięcej kłopotów sprawiło zabranie na pokład zapasu całunów pogrzebowych dla kapelana. Dobra pogoda nie wróżyła niczego dobrego. Dla Jolly Jack Tara nie ma nigdy dobrej pogody. Sto lat temu jego kumple zdychali na pokładach wielorybników. A teraz czekają na nich równie niegościnne pokłady tankowców. I tylko Morze Arktyczne wygląda tak samo. Białe, zimne i okrutne dla wszystkich, którzy na nim pływali i w nim utonęli.

Zapraszam do lektury drugiej części relacji z biegu konwoju PQ-17. Tym razem zostawiamy zaciszne fotele sztabu przy Fleet Street i lądujemy w samym środku wiecznie białych kłopotów. Koniec planowania, kotwica w górę! Czytaj dalej

Otagowane , , ,

Niespodziewany koniec lata

Arktyczne bitwy konwojowe zapisały się w historii wojen morskich. Trudna nawigacja czy zmienna pogoda były niczym w porównaniu z uporem obu stron. Jedną z największych bitew w kampanii arktycznej był bieg konwoju PQ-17 na trasie Reykjavik-Archangielsk. Do portu przeznaczenia dotarło jedynie jedenaście spośród trzydziestu czterech jednostek, które wypłynęły z Reykjaviku

Scenariusz PQ-17 to ukoronowanie moich dotychczasowych zmagań z planszówką o tym samym tytule. Po konwojach PQ-6 i PQ-16 przyszła pora na niedźwiedzie mięso – rozgrywkę, w której obie strony dysponują pełnią swoich atutów. Niemcy – nareszcie mają względną swobodę w wykorzystaniu Tirpitza i potężne lotnictwo. Alianci – większy udział jednostek amerykańskich i rosyjskich. Niezależnie od wyniku, będzie to fascynująca przygoda.

Ze względu na długość tekstu i komentarze mechaniczne, sprawozdanie podzieliłem na dwie części. W pierwszej omówię sytuację wyjściową obu stron i podstawy mechaniki rozgrywki. W drugiej opiszę przebieg działań w trakcie partii i wskażę ewentualne błędy obu stron.

Czytaj dalej

Otagowane , , ,

Nie taki folk straszny

Zdarza mi się słuchać muzyki folkowej, w tym również muzyki z okolic Anglii, Irlandii, Bretanii, Walii i Szkocji. Ponieważ nie mam zdolności muzycznych (pominąwszy umiejętność rytmicznego tupania) daleko mi do miana znawcy. Z drugiej strony, słucham muzyki z tego kręgu na tyle długo, aby widzieć wzajemne powiązania między folklorem każdego z tych regionów.

Elementem muzyki folkowej bywa też muzyka wojskowych, pieśni marynarzy czy imigrantów. Tak się składa, że miłośnicy Purcella czy Mozarta raczej nie lądowali na pokładach Mayflower, Alexandra czy Prince of Wales. Dużo częściej można było spotkać tam fanów Billa Reileya i Molly Malone. Irlandczycy, Szkoci i Bretończycy zasilali, mniej lub bardziej ochoczo, okręty, pułki i kolonie karne Francji i Anglii. W rezultacie folklor każdego z tych krajów ewoluował i wyrastał poza swoim pierwotnym środowiskiem. To, co w Irlandii mogło być grane jako melodia do tańca, równie dobrze mogło trafić pod Waterloo lub Rourke’s Drift jako melodia marszowa lub pod Trafalgar jako sygnał do wybierania żagla.

I właśnie dlatego absolutnie nie zgadzam się z wpisem Aureusa. Jeśli Aureusowi muzyka celtycka kojarzy się wyłącznie z popłuczynami pokroju Clannadu czy Enyi  – to jest to jego niezbywalne prawo. Kiedy byłem małym erpegowcem, też miałem takie skojarzenia. I też się dziwiłem, że muzyka irlandzka nie pasuje do sesji erpegowych. Czytaj dalej

Otagowane ,

Stos na wakacje

Tegoroczne wakacje upłynęły mi pod znakiem rejsu po fiordach Norwegii. Widoczki i wrażenia spod koła podbiegunowego zostawiam na kolejny wpis, a teraz zapraszam do krótkiego przeglądu książek, które towarzyszyły mi w rejsie. Tradycyjnie już – gdyby cokolwiek Was zainteresowało, dajcie znać. Czytaj dalej

Otagowane , ,

Schloss Mai

Maj, jak wszyscy nieżonaci (lub wiarołomni) mężczyźni wiedzą, jest miesiącem nieprawej miłości. A, że nie mam czasu na wiarołomstwo, mogłem sobie pozwolić co najwyżej na występne książki, kupione z resztą po konsultacji z Żoną. Zapraszam na majowy przegląd książek występnych. Czytaj dalej

Otagowane , ,

Kubryk 2010 (pierwsza odsłona)

Nie umiem powiedzieć co przyciąga mnie w muzyce folkowej. Gdyby postawić mnie pod ścianą, pewnie bym odpowiedział, że różnorodność form (którą lubię w muzyce klasycznej) idzie w parze z energią płynącą z prostego przekazu (czego mi czasem w klasyce brakuje). A że wolę, gdy akustyczny masaż moich zwojów mózgowych  jest nie jest robiony przez automat perkusyjny (ożywiony lub nie), moje zainteresowania muzyczno-historyczne zbiegają się w folku marynistycznym i szantach.

Niezależnie od moich wykrętów, nie mogłem odpuścić sobie łódzkiego Kubryku. Czytaj dalej

Otagowane ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 112 other followers