Zdarza mi się słuchać muzyki folkowej, w tym również muzyki z okolic Anglii, Irlandii, Bretanii, Walii i Szkocji. Ponieważ nie mam zdolności muzycznych (pominąwszy umiejętność rytmicznego tupania) daleko mi do miana znawcy. Z drugiej strony, słucham muzyki z tego kręgu na tyle długo, aby widzieć wzajemne powiązania między folklorem każdego z tych regionów.
Elementem muzyki folkowej bywa też muzyka wojskowych, pieśni marynarzy czy imigrantów. Tak się składa, że miłośnicy Purcella czy Mozarta raczej nie lądowali na pokładach Mayflower, Alexandra czy Prince of Wales. Dużo częściej można było spotkać tam fanów Billa Reileya i Molly Malone. Irlandczycy, Szkoci i Bretończycy zasilali, mniej lub bardziej ochoczo, okręty, pułki i kolonie karne Francji i Anglii. W rezultacie folklor każdego z tych krajów ewoluował i wyrastał poza swoim pierwotnym środowiskiem. To, co w Irlandii mogło być grane jako melodia do tańca, równie dobrze mogło trafić pod Waterloo lub Rourke’s Drift jako melodia marszowa lub pod Trafalgar jako sygnał do wybierania żagla.
I właśnie dlatego absolutnie nie zgadzam się z wpisem Aureusa. Jeśli Aureusowi muzyka celtycka kojarzy się wyłącznie z popłuczynami pokroju Clannadu czy Enyi – to jest to jego niezbywalne prawo. Kiedy byłem małym erpegowcem, też miałem takie skojarzenia. I też się dziwiłem, że muzyka irlandzka nie pasuje do sesji erpegowych. Czytaj dalej
