6 grudnia 1941, na pokładzie SS Empire Mavis
Dzisiaj przyszły paczki z CK. W środku było od groma zimowej odzieży, dostaliśmy też dżem i kakao. To potwierdziło nasze najgorsze przeczucia – żarcie i szetlandy oznaczają, że mamy przekichane. Jeśli będę miał fuksa, spędzę święta w Murmańsku. Jeśli nie – rodzina będzie miała za co kupić prezenty. Trup z handlowej jest wart więcej niż żywy.
Pośród pisemek chrześcijańskich jakaś litościwa dusza zakamuflowała kilka ulotek sklepu z damską bielizną. Po kilku dniach na Północy zacząłem wątpić w istnienie Tego Co U Góry. Mówią, że na wojnie nie ma ateistów.
To kłamstwo, na tej wojnie dopiero nogi Betty Grable przywróciły mi wiarę, nadzieję i miłość.
8 grudnia 1941, na pokładzie SS Empire Mavis
Wyszliśmy z Reykjaviku o świcie. W trakcie wybierania kotwicy, Matthews z drugiej wachty zapomniał o ubraniu rękawicy i chwycił poręcz zejściówki gołą dłonią. Miał szczęście – stracił tylko dwa palce.
Mróz nie jest zimny. Po kilku godzinach wachty zamiast zimna pojawia się otępienie. Nie ma klekoczących zębów, nie ma drżących palców, nie ma rumieńców. Morze Barentsa uczy obywać się bez podobnych luksusów. Zamiast tego musi wystarczyć zamarzający oddech, ciemność i cisza.
I senność.
Nawet bez wacht, nawet bez odśnieżania pokładu, nawet bez alarmów bojowych, nie ma mowy o porządnym śnie. Mocne przechyły i wilgoć panująca w kubryku zamieniają każdą próbę snu w letarg. Po zejściu ze stanowiska zdejmuje się tylko ziudwestkę, reszta odzieży schnie na zziębniętym człowieku.
10 grudnia, na pokładzie HMS Echo
Po południu przejęliśmy eskortę konwoju od trawlerów. Na przedzie idzie lekki krążownik typu Town (Edinburgh), na flankach dwa niszczyciele typu E (Escapade i nasz Echo). Komodor wybrał drogę na południe od Islandii – dalej od granicy paku, a bliżej do baz niemaszków.
11 grudnia, na pokładzie HMS Escapade
Drugi dał ciała. Zapomniał zabezpieczyć kluzę od łańcucha kotwicznego. Zaraz po wyjściu na pełne morze zalało nam dziobówkę. Woda z komory kotwicznej przelewa się do przedniego kubryka. Kambuz jest zalany, jedyna szansa na ciepłe żarcie to tajna broń chiefa – wihajster od paleniska. Wychodzi po dwa kubki cipełego kakao na łebka na dobę. Na obiad – puszki z CK.
13 grudnia, na pokładzie HMS Echo
No i się zesrało. Jeszcze wczoraj pogoda była dobra. Dobra pogoda znaczy dziesięć stopni mrozu i kiepską widoczność, przy stanie morza w okolicach czwórki.
Dzisiaj waliła siódemka. Termometr pokazał minus dwadzieścia zanim zmyło go za burtę. Czasami obok nas widać światła reszty konwoju. Radzik mówi, że póki co wszyscy są cali. Chwała Bogu, że nikogo nie zmyło.
Aby było nam raźniej, Stary każe puszczać w kółko “It’s a long way to Tipperary”. Nie mogliby czasem dać “Lili Marlene”? Wiem, że to szkopskie, ale przynajmniej da się tego słuchać.
13 grudnia, Narvik, na pokładzie Z-23
Admirał Arktyka dał rozkaz do wyjścia w morze dla całej eskadry. Wychodzą cztery niszczyciele typu 1936 A (Z-23, Z-24, Z-25 i Z-27). Gdzieś tam musi tkwić konwój Tommych.
Luftwaffe odmawia wykonywania lotów. Podobno boją się zamoczyć szaliki – gdzieś tam szaleje szóstka lub siódemka. Rycerze Dönitza też siedzą cicho – idziemy w ciemno.
Na wyjście orkiestra bazowa rżnęła kawałek o Tipperary. Mam nadzieję, że Stary za to nie beknie – po Norwegii rzygam już “Lili Marlene”.
14 grudnia, na pokładzie Z-24
Alarm OP. Z-25 dostrzegł u-bota Tommych. Zanim zdążył go nakryć, tamten uciekł na głębię. Wspólnie z Z-25 położyliśmy kilka serii bomb głębinowych. Zobaczyliśmy plamę ropy. Nie mieliśmy czasu na solidną robotę – trzeba było iść w rejon patrolu.
14 grudnia, na pokładzie HMS Severn
Przecieki w przedziale torpedowym i w bateriach. Na szczęście szkopy poszli i zostawili robotę nieskończoną. Jakiś kretyn posłał nas jako wysuniętą eskortę konwoju i wpadliśmy na eskadrę niszy cieli germańców. Czy ktoś mógłby wytłumaczyć tym durniom, że do kasowania niszczycieli służą krążowniki. Nasze maleństwa zupełnie się do tego nie nadają.
Na szczęście chief poskładał całość do kupy i powolutku wracamy do Lerwick. Pogoda przekichana, kiwa jak diabli i nie widać własnego nosa. Może się uda.
15 grudnia, na pokładzie Z-24
Kolejny dzień czyhania na konwój. Zamarzają przewody w maszynowni, jeszcze kilka dni i będziemy wracali wpław. Lotnictwo nadal milczy, podobnie jak nasze U-boty.
16 grudnia, na pokładzie Z-23
Sztab podał namiar na konwój. Zdaje się, że czarodzieje z wywiadu coś wywróżyli z porannej kupy Wodza. Idziemy na spotkanie.
17 grudnia, lotnisko w Banak
Alarm bojowy. Po kilku dniach wreszcie dano nam zezwolenie na loty. Leci wszystko co mamy w Północnej Norwegii – Ju-88, He-111, He-115C. Atakujemy o świcie.
18 grudnia, na pokładzie HMS Echo
Znaleźli nas. Nie wiem jako to zrobili, ale pewnie jakiś goguś ze sztabu wypłakał się w stanik jakiejś nadmiernie uczynnej blondynki. Nieważne czy była to Heidi czy inna Ingrid – grunt, że wczoraj Escapade znalazł i przegonił jednego U-bota.
Dzisiaj o świcie nadleciały bombowce. Leciały od wschodu, tuż nad powierzchnią morza. Radar Edinburgha wykrył je w ostatniej chwili. Konwój odpadł na północ, a samoloty rzuciły się na nasze frachtowce.
I wtedy stał się cud. Edinburgh poszedł między kolumny frachtowców, grzejąc ze wszystkiego co stocznia dała. Boże jak oni strzelali – z pierwszej fali ataku zrąbali dwa Ju-88 i uszkodzili kolejne dwa, z drugiej uszkodzili jakiegoś Heinkla. Artylerzyści z frachtowców też pokazali klasę – niebo pokryła chmura ołowiu, gęsta i ciemna niczym myśli chłopców z maszyny.
Niemcy chybili. Żadna z bomb nie weszła w cel.
18 grudnia, lotnisko w Banak
Straciliśmy kilku kolegów. Polegli w walce nad morzem Barentsa, na północ od Kirkenes. Nie wiem jak to się stało – ale straciliśmy trzy samoloty nie uzyskując żadnego trafienia.
Po południu nadlecieli bolszewicy. Rąbnęli obok nas, w Kirkenes. Spłonęły cztery maszyny i dziesięciu ludzi.
18 grudnia, na pokładzie U-45 “Edelweiss”
Piękny dzień. Stary wyprowadził okręt na piękną pozycję. W samym środku sztormu, w arktycznych ciemnościach – a on trafił jak matros w burdelu po patrolu. Na dno poszły dwa statki wiozące zaopatrzenie dla Bolszewików.
19 grudnia, na pokładzie HMS Edinburgh
Tak blisko. Brakowało zaledwie pół dnia do spotkania z eskortą z Murmańska. Gdybyśmy mieli te cztery eskortowce więcej, U-bot nie podkradłby się tak łatwo. Niech lód pochłonie adm. Gołowko, Stalina i całą flotę radziecką. Po diabła dostarczamy im zaopatrzenie, skoro im nie chce się ruszyć ruf, aby je odebrać.
Na zatopionych dwóch frachtowcach na dno poszło kilka czołgów, lokomotywa i kilka ton amunicji. Zginęło czterdzieści osób, wyłowiliśmy dziesięć. Spośród tych dziesięciu, sześć nie dożyje jutra – ropa w płucach, poparzenia i odmrożenia.
20 grudnia, na pokładzie HMS Edinburgh
Murmańsk. Wchodzimy do portu – jeszcze dzień takiej pogody i trzeba by holować nas na szalupach.
Spośród ośmiu statków, do celu dotarło sześć. Zrąbaliśmy kilka bombowców i poharataliśmy jakieś U-boty. Podobno jeden z naszych OP ledwie żywy dowlókł się do Lerwick. Stary mówi, że to zwycięstwo.
Kiedy patrzę na izbę rannych nie jestem tego taki pewien…
Powyższy tekst stanowi fabularyzowane streszczenie partii w grę PQ-17, rozegranej przeze mnie i Arteusza na konwencie Pola Chwały. Wydarzenia nie są zgodne z historią – w rzeczywistości konwój PQ-6 przeszedł do Murmańska bez żadnych strat. Rozgrywka, wraz z nauką podstaw zasad, trwała dwie i pół godziny. Partia zakończyła się zwycięstwem Aliantów, kierowanych przeze mnie.
Historycznie zgadzają się daty wyjścia i zawinięcia, pogoda, trasa, numer konwoju oraz skład i nazwa eskorty. Pozostałe wydarzenia się fikcyjne.
Źródła ilustracji:
Informacje na temat konwoju
Zdjęcia okrętów
Plakat WRNS
Zdjęcie Betty Grable
Co warto czytać?
Książek na temat U-botów i konwojów powstała cała masa. Ograniczę się do podania tych, które najlepiej opisują problematykę konwojów arktycznych.
Konwoje Arktyczne 1941-1945 (Richard Woodman) – przystępna książka przybliżająca całokształt operacji morskich dotyczących konwojów arktycznych w czasie DWŚ. Przystępność idzie w parze z rzetelnością i dążeniem do obiektywizmu.
Hitlera Wojna U-Botów (Clay Blair) – obszerna monografia opisująca całą Bitwę o Atlantyk. Szczegółowa i rzetelna, chociaż w kilku miejsach widać uprzedzenia autora.



[...] wpisy Ciemnoniebieski świtPQ 6Cienka, niebieska [...]
[...] znakomita rozgrywka, oparta na bardzo dobrym scenariuszu. Opuściliśmy sadzawkę (szkoleniowe PQ-6 i PQ-10) i nareszcie wyszliśmy na pełne wody. Rozgrywka pokazała najlepsze strony gry, obok [...]
[...] go użyć jako podkład po planszówkę, można też podrywać na niego ukochaną kobietę. Można oprzeć na nim scenę, można go użyć [...]
[...] PQ-17 to ukoronowanie moich dotychczasowych zmagań z planszówką o tym samym tytule. Po konwojach PQ-6 i PQ-16 przyszła pora na niedźwiedzie mięso – rozgrywkę, w której obie strony dysponują [...]